Franciszka Ciemienga – dziołszka z Kanusa

Franciszka Ciemienga – dziołszka z Kanusa

Franciszka Ciemienga urodziła się w miejscowości Draliny – Kanus koło Lubecka 29 stycznia 1867 r. w rodzinie Antoniny z domu Matysek i Franciszka Ciemienga.  Była jedną z ośmiu córek ludzi, którzy parali się rolnictwem, byli bardzo religijni i bogobojni.

Jej ojciec zmarł w wieku czterdzieści pięć lat, matka mieszkająca do końca swych dni z niezwykłą córką, dożyła lat osiemdziesięciu. W opinii środowiska lokalnego byli to pracowici i pobożni małżonkowie, którzy kolejne swe dzieci – dziewczynki uważali za prawdziwe Błogosławieństwo Boże. Ponadto niczym szczególnym od swych sąsiadów się nie wyróżniali, podczas przeprowadzanych wywiadów przekonałam się, że Państwo Ciemienga byli postrzegani jako prości ludzie, pragnący swym dzieciom wpoić tradycyjne wartości śląskiego ludu, gdzie priorytetem jest przede wszystkim wiara, rzetelność i praca.

Rodzina ta witała kolejny dzień modlitwą –  rozpoczynając w ten sposób godziny pracy, wysiłku oraz starań na gospodarstwie. W ten sam sposób – słowem dziękczynnym do Boga gasnący dzień żegnała.

Czwarta z córek Państwa Ciemienga, Franciszka, jedynie przez dwa lata pobierała naukę w szkole powszechnej w Lubecku. Dziewczynka w tym czasie miała duże problemy z nauką, nie potrafiła zapamiętać obowiązującego materiału.

Od dzieciństwa niezwykle skromna i pobożna, pomagała swym rodzicom, pragnąc być dla nich podporą. W wieku dziewięciu lat została przygotowana do uroczystości przyjęcia I Komunii Świętej. Już wcześniej udawała się wczesnym rankiem do lubeckiego kościoła, gdzie żarliwie modliła się pod figurką Matki Bożej, która znajdowała się na jednej z zewnętrznych ścian świątyni.

W tymże to czasie doznała pewnego „olśnienia”, które objawiło się u niej niespotykaną wcześniej dobrą znajomością modlitw i pieśni, których treści szczegółowo nawet nie pamiętali najstarsi mieszkańcy tamtejszych ziem.

Zmiana nastąpiła nie tylko w tym zakresie – dziecko zaczęło wpadać trzy razy dziennie w pewien letarg, w czasie którego miała kontaktować się z opiekunami duchowymi. Autorka tekstu próbowała dowiedzieć się od żyjących krewnych z kim dokładnie rozmawiała Franciszka Ciemienga w czasie owych stanów, które nazywano w okolicy „zabraniami” (termin ten wywodzi się z biblijnego określenia, gdzie św. Paweł miał napisać w liście do Koryntian, iż „został zabrany aż do trzeciego nieba… i słyszał tajemne słowa….”) – odpowiadano, iż bogobojna kobieta potrafiła m.in. porozumieć się z duszami w czyśćcu.

Obecnie jej rodzina podkreśla, iż zgodnie z wolą Boga, do dziewięcioletniego dziecka zaczęli przychodzić ludzie – najpierw z rodzinnej wsi, okolic, potem z daleka (z opolskiego, Gliwic, Bytomia, Olesna), by otrzymać odpowiedź na trapiące ich wątpliwości, chciano, by udzieliła im porad najczęściej w sprawach rodzinnych. Różne to były przypadki – przychodzili ludzie dorośli lub sami posyłali swe pociechy, by otrzymały odpowiedź.

Rodzice Franciszki zdecydowali się wybudować jej mały domek koło pobliskiego domu rodzinnego, gdzie mogła przyjmować bez problemu potrzebujących –  w rodzinie było jeszcze na wydaniu siedem dziewcząt. Ponadto otrzymała też od nich 2 hektary ziemi, którą do końca życia obrabiała. Mieszkała z matką, a po jej śmierci wzięła do pomocy jedną z siostrzenic, Annę Wittor. Franciszka Ciemienga stwierdziła w rozmowie ze swą siostrą, że nie może sama być w domku na Kanusie, dlatego owdowiała Julia Wittor posłała do niej jedno ze swych ośmiorga dzieci.

Trzy razy w ciągu dnia – rankiem po jej powrocie z kościoła, w południe oraz na wieczór pojawiali się ludzie pytający o swe sprawy. Jak twierdzą jej bliscy – każdego przyjęła, wysłuchała i kazała się modlić przy ołtarzyku znajdującym się w jej małej izdebce (zalecała przy tym odpowiednie jej zdaniem modlitwy, czy też pieśni maryjne). Sama kładła się na wyłożonej zielonym suknem sofie i wpadała w letarg, podczas którego dowiadywała się, jakie są najlepsze rozwiązania dla zgromadzonych u niej ludzi.

Jeśli chodzi o czas trwania „zabrania”, to jedna z jej żyjących krewnych twierdzi, że trwały ok. pół godziny. Po tym czasie wiedziała, kto ma się zdecydować na operację, kto wyzdrowieje i dla kogo jest nadzieja na życie, czy też kto powróci z wojennej zawieruchy. Przekazy dotyczyły także tych, którzy oczekiwali na modlitwy bliskich po swej śmierci, czekając na zbawienie.

Wielokrotnie przekonywano się, że zna nie tylko fakty z bliskiej i dalekiej przyszłości, ale doskonale zdaje sobie sprawę z przeszłych zdarzeń. Nigdy się nie pomyliła. W jej rodzinnych stronach podkreśla się, iż „wszystko się sprawdzało tak, jak powiedziała”. Nieraz dzieci otrzymywały kartki ze spisanymi  wskazówkami, którymi mieli kierować się ich rodzice – wypisywała je zrozumiale osoba, która ukończyła jedynie dwie klasy. W przypadku, gdy nie widziała dla chorego ratunku lub wiedziała już o śmierci danej osoby (przy czym osoba pytająca nie zdawała sobie z tego sprawy) nakazywała odmawiać modlitwę za konających lub za zmarłych.

Z pokorą głosiła, iż „każdy kto się rodzi, ma śmierć przez Boga naznaczoną”. Za swoje porady nie pobierała opłat, proponowane jej pieniądze prosiła o przekazanie jako datek w kościele. Bywała zmęczona – nie tylko przyjmowała potrzebujących porady ludzi, ale także zajmowała się gospodarstwem, z tego też powodu odczuwała nieraz wyczerpanie. Poświęcała swój czas i uwagę innym, bo była pewna, że tego wymaga od niej Bóg. Była traktowana z dużym szacunkiem, jej spokój i pokora były bardzo charakterystyczne.

Szczególnie przykre było dla niej, gdy ludzie skracali sobie drogę, i podążając do jej domku przez pola, podeptali rosnące tam zboże – do tradycji już przeszło wypowiadane przez nią żądanie, aby „nie deptać po chlebie”.

Szanowała więc ludzi oraz ich pracę, a rodzinną ziemię szczególnie ukochała. Spędzała wiele czasu na modlitwie – niezależnie od pogody (w deszczu czy śniegu) szła pieszo do kościoła. W tym czasie na wsi panowała bieda, ludzie żyli obok siebie utrzymując się z własnych płodów rolnych i naprawdę sobie pomagali, by było lżej.

Franciszka Ciemienga zmarła cierpiąc na przepuklinę 2 kwietnia 1935 r.  w swym rodzinnym Kanusie, jej grób znajduje się tuż przy kościele, do którego codziennie przychodziła się modlić (zgodnie z jej wolą, została pochowana w stroju tercjanki franciszkańskiej III Zakonu). Przed swą śmiercią „dziołszka z Kanusa” przepowiedziała jeszcze, że wybuchnie kolejna straszna wojna, nie chciała jednak, by o tym rozpowiadać i straszyć ludzi.

Powszechnie uważa się, że pomaga także po swej śmierci –  z jej grobu zabierane są przez okolicznych mieszkańców listki roślin, kwiaty – czyni się tak w przypadku np. podróży, która ma stać się tym sposobem bezpieczna. Ostatnio też słyszy się, że maturzyści biorą kawałki ziemi w celu pomyślnego zdania egzaminów.

Obecnie w jej domku utworzono Izbę Pamięci, można też wpisywać się do pamiątkowej księgi. Skromne wyposażenie izdebki robi wrażenie na zwiedzających. Po śmierci Franciszki jej siostra zaczęła zbierać wspomnienia ludzi o tej niezwykłej postaci, powstała także specjalna Grupa Promocyjna, składająca się z krewnych  i przyjaciół, licząca 18 osób (pozostały jedynie dwie, reszta zmarła – powołano więc nową grupę, która ma za zadanie przypominać o działalności tej niezwykłej Ślązaczki).

W 1995 roku, w trakcie uroczystej mszy z okazji 60-tej rocznicy śmierci Franciszki,  na ręce biskupa gliwickiego Jana Wieczorka Grupa Promocyjna złożyła zebrane świadectwa osób, które miały styczność oraz otrzymały pomoc od tej niezwykłej kobiety. W dalszym ciągu zbierane są zeznania świadków, którzy mogliby wesprzeć sprawę wszczęcia jej procesu beatyfikacyjnego.

Franciszka Ciemienga przeżyła na ziemi śląskiej 68 lat, był to czas szczególny nie tylko dla naszego regionu, ale i całego kraju – zaliczyć tu należy pierwszą wojnę światową, trzy kolejne zrywy narodowowyzwoleńcze, nazywane Powstaniami Śląskimi, a także Plebiscyt i powrót tych ziem do macierzy w Polsce niepodległej. Jeśli chodzi o uczucia patriotyczne, to rodzina i potomkowie jej sąsiadów podkreślają, że była to prosta kobieta, która chciała przede wszystkim pomagać innym. Swoim przykładem ukazywała to, co najważniejsze. I tutaj podkreślić właśnie należy, że w czasie zniewolenia kraju to wiara powodowała, iż przekazywano tradycję narodową kolejnym pokoleniom.

Jedna z nas, kobiet – Ślązaczek, ś.p. Franciszka Ciemienga była jedną z tych postaci, które swą postawą dały nadzieję ludziom na lepszą przyszłość.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.