Emocje opadły? – Wróćmy do faktów! [felieton Heleny Grembeckiej]

Emocje opadły? – Wróćmy do faktów! [felieton Heleny Grembeckiej]

Temat prawdziwych przyczyn chorób nowotworowych jest zbyt poważny, by można go było zakrzyczeć lub obśmiać. Tak, PRAWDA jest tylko jedna! Owszem, można jej nie poznać w całości, albo nie zgadzać się z nią, ale to nie spowoduje, że ona zniknie. Prawda obiektywna po prostu istnieje!

Każdy żywy organizm wyposażony został przez Stwórcę w mechanizm samoleczenia, to znaczy naprawiania uszkodzeń pojawiających się w komórkach. Za sukcesywny przebieg tych procesów odpowiada sprawny układ immunologiczny. Jako, że komórki nowotworowe odżywiają się przede wszystkim glukozą, co zostało odkryte już przed stu laty i nagrodzone Noblem w 1931 roku, najważniejszym krokiem w kierunku zdrowia jest stopniowa eliminacja wszelkich węglowodanów i przejście na dietę ketogenną. Problemy związane z glukozą były szczegółowo badana przez lata. Jacek Safuta w książce „Mit chorób nieuleczalnych i wielki biznes” podaje wiele linków do ważnych zweryfikowanych badań naukowych, niesponsorowanych przez koncerny farmaceutyczne (s. 385-389), także do prowadzonego pod kierunkiem dr. Johannesa Coya (s. 386).   Warto przeczytać cały tekst, ale końcowy wniosek od akapitu: ”Współczesny zachodni styl życia charakteryzuje się…” – brzmi bardziej zrozumiale dla laika w tej dziedzinie [więcej]
.
Informacje o zaletach i działaniu dobrze skomponowanej diety ketogennej można znaleźć w przywołanej tu książce Jacka Safuty (s. 267-304). Nie każda dieta – reklamowana jako keto, ma dobroczynny wpływ na organizm. Niestety, zawarcie w niej mleka i nabiału oraz zbóż jest bardzo niekorzystne i pokazują to badania. Białka zawarte w podstawowych produktach spożywczych, czyli kazeina (w mleku i nabiale), gluten (w zbożach) oraz białko soi, mają podobne działanie na mózg jak opioidy. Ich działanie jest udowodnione w wielu schorzeniach. Człowiek nie trawi tych białek prawidłowo, powstają z nich tzw. peptydy – fragmenty białek złożone z mniejszej liczby aminokwasów, które są substancjami psychoaktywnymi. Ten temat Jacek Safuta rozwinął w następnej książce „Mit chorób nieuleczalnych. Powrót do raju utraconego” (s. 189-209) [więcej] (link s. 190).
.

W Chinach, gdzie tradycyjnie spożycie mleka krowiego było niskie (jak w większości krajów Azji), ale wzrosło w wyniku zastosowania rządowych programów, poddano obserwacji, przez 11 lat – 510 tys. dorosłych z dziesięciu regionów kraju (badanie: China Kadoorie Biobank Study) i stwierdzono „istotny związek między rakiem wątroby, piersi i prawdopodobnie chłoniakiem, a spożyciem nabiału”. [więcej] (J. Safuta „Mit… Powrót do raju utraconego”, s. 193). Amerykańskie badanie z 2020 roku wskazuje na związek między spożyciem mleka krowiego a większym ryzykiem zachorowania na raka. Mówi o szkodliwym wpływie zwierzęcych hormonów płciowych z konsumowanego mleka i nabiału – i ryzyku powstawania nowotworów prostaty, piersi i jajnika. [więcej] (J. Safuta „Mit… Powrót do raju utraconego”, s. 193).

.

Człowiek jako jedyny wśród ssaków na Ziemi łamie prawo natury i pije mleko nie przeznaczone dla niego, a to po prostu – szkodzi. Fakt, że wielu ludzi spożywa nabiał przez całe życie, więc „szkodliwe skutki wynikają z długotrwałego działania małych dawek opioidów, dlatego trudno je ująć w ramach badań klinicznych” [więcej] (J. Safuta, „Mit… Powrót do raju utraconego”, s. 202). Na kolejnych stronach (197-209) wyjaśniona jest kwestia rodzajów kazeiny: A1 i A2 oraz innych szkodliwych białek mlecznych (np. beta-laktoglobulina), a także związek: nieszczelnego jelita (co umożliwia różnym cząstkom przekraczanie bariery krew-mózg), autyzmu, chorób autoimmunologicznych, przewlekłych stanów zapalnych – z konsumpcją mleka i nabiału – „peptydy opioidowe, wytwarzane w wyniku metabolizmu glutenu i kazeiny trafiają do krwioobiegu z powodu nieszczelnego jelita, które to uszkodzenie same powodują” (s. 207). Na koniec mowa o mleku sojowym, które okazuje się być bardziej szkodliwe od krowiego. Wszystko z odniesieniami do wielu różnych źródeł.

Podsumowując, leczniczo działa:
1) Stopniowe, ale zdecydowane odstawianie węglowodanów i nabiału, zastępowanie pozyskiwanej z nich energii, energią ze zdrowych tłuszczów zwierzęcym (smalec wieprzowy, gęsi, kaczy, masło klarowane) oraz z oleju kokosowego, oliwy z oliwek (wszystkie pozostałe oleje roślinne zawierają szkodliwy kwas linolowy). Ilość energii uzyskiwana z tłuszczu (ale nie ilość masy tłuszczu) powinna stanowić 60 – 80 %, a ilość energii z białka i węglowodanów po 10 – 20 % („Mit chorób nieuleczalnych i wielki biznes”, s. 269).
2) Kontrola poziomu glutaminy (aminokwasu) przez ograniczenie ilości białka w diecie (mięso, podroby, ryby, jajka). Bardzo pomaga korzystanie z dziennika żywieniowego (są dostępne w Internecie), który po wprowadzeniu danych, sam wylicza dzienne zapotrzebowanie organizmu na składniki odżywcze.
2) Unikanie wszelkich toksyn z wysoko przetworzonej żywności i z in. źródeł. Kupowanie produktów z ekologicznych upraw i hodowli.
3) Odpowiednie nawodnienie organizmu – i interwałowa głodówka wodna, czyli dwa posiłki w tzw. oknie żywieniowym, czyli posiłki odległe od siebie o 4 – 8 godz, a czas pozostały – picie wody (nie z plastikowych butelek, koniecznie z dodatkiem 1-2 szczypt soli kamiennej na szklankę oraz witaminą C i magnezem).
4) Restrykcja kaloryczna na czas leczenia z choroby nowotworowej, czyli ograniczenie kalorii o 25 – 50 % konieczne do zmniejszenia rozrostu naczyń odżywiających guza.
5) W trudnych przypadkach, gdy szybko rosnący guz uciska narząd wewnętrzny lub blokuje przepływ krwi, można zastosować wlewy dożylne z askorbinianu sodu, co jest jedynie skuteczną chemioterapią, celowaną w komórki nowotworowe. W książce „Mit… Powrót do raju utraconego” podane są szczegółowe protokoły wlewów, warunki kwalifikujące do zabiegu, technika pomiarów stężenia askorbinianu w osoczu krwi, dla uzyskania dawki terapeutycznej, ewentualne zagrożenia – zespół rozpadu guza – TLS oraz możliwe skutki uboczne (s. 294-301).

Na oficjalnej stronie rządowej USA zamieszczone jest następujące badanie – „Dieta ketogeniczna o ograniczonej kaloryczności – skuteczna alternatywna terapia w leczeniu złośliwego raka mózgu”. [więcej]

Kiedy atakuje nowotwór, człowiek może mieć całkowity mętlik w głowie i dlatego z pełną odpowiedzialnością proponuję, zaopatrzyć się w obie książki, które zawierają jedynie starannie sprawdzone przez autora – Jacka Safutę – fakty naukowe. Wiarygodność informacji zebranych w książkach oparta jest na rzetelnych, pozbawionych konfliktu interesów, prawidłowo zaprojektowanych i poprawnych metodologicznie badaniach naukowych. W przypadku zdiagnozowania choroby nowotworowej, czas zwykle nie jest sprzymierzeńcem, więc warto znaleźć mądrego lekarza, któremu powierzymy własne zdrowie i życie. Mądrego, czyli takiego, który nie będzie na oślep zaprzeczał prawdzie zawartej w książkach „Mit chorób nieuleczalnych…”, ale się z ich treścią zapozna.

Podane tu informacje są wybrane spośród olbrzymiej ich liczby zawartych w obu książkach. Niemożliwe jest poruszenie wszystkich ważnych tematów, które zajmują tam prawie tysiąc stron. Starałam się choćby zasygnalizować to, co najistotniejsze, podobnie jak i we wcześniejszych tekstach dotyczących książek Jacka Safuty.

[tutaj] dr David Martin – wystąpienie w Parlamencie Europejskim na III Międzynarodowym Szczycie covid-19 – 2023 rok
[tutaj] dr David Martin – Eksplozja nowotworów, zawałów i chorób po zastrzykach na covid-19, rozmowa z 2023 roku

CATEGORIES
Share This

COMMENTS

Wordpress (10)
  • comment-avatar
    Klaudiusz 1 tydzień

    Tytuł felietonu „Emocje opadły? – Wróćmy do faktów!” zapowiada rzeczową analizę. Niestety otrzymujemy coś innego: mieszaninę prawdziwych zjawisk biologicznych, pojedynczych badań, doświadczeń na zwierzętach, hipotez oraz bardzo stanowczych zaleceń terapeutycznych, które z tych badań wcale nie wynikają. W medycynie nie wystarczy znaleźć publikację zawierającą odpowiednie słowa kluczowe. Trzeba jeszcze sprawdzić, kogo badano, jak zaprojektowano eksperyment, jaki był jego wynik i czy został potwierdzony w badaniach klinicznych.
    Już na początku felieton informuje, że komórki nowotworowe odżywiają się przede wszystkim glukozą, co miało zostać nagrodzone Noblem w 1931 roku. Tymczasem oficjalne uzasadnienie tej nagrody mówi o odkryciu natury i sposobu działania enzymu oddechowego, a nie o udowodnieniu, że raka można wyleczyć poprzez odstawienie węglowodanów. Przywołanie Nobla nadaje wywodowi powagi, lecz nie dowodzi skuteczności proponowanej diety.
    To prawda, że metabolizm wielu komórek nowotworowych jest zmieniony i że często intensywnie wykorzystują one glukozę. Nie wynika z tego jednak, że człowiek może „zagłodzić guz”, przestając jeść węglowodany. Nowotwory są biologicznie zróżnicowane i potrafią korzystać z różnych substratów energetycznych. National Cancer Institute stwierdza jednoznacznie, że nie ma dowodu, aby dieta ketogeniczna lub jakakolwiek inna szczególna dieta mogła sama zahamować raka, wyleczyć go albo zapobiec jego nawrotowi.
    Nie oznacza to, że dieta ketogeniczna jest naukowym absurdem. Jest badana jako potencjalne uzupełnienie leczenia niektórych nowotworów. Nowsze analizy wskazują, że może wpływać na stężenie glukozy i insuliny, masę ciała, zmęczenie czy jakość życia. To interesujące wyniki, ale nie są one dowodem znikania guzów, wydłużenia przeżycia ani zastąpienia chirurgii, radioterapii, immunoterapii lub leczenia farmakologicznego. Co znamienne, przegląd z 2025 roku analizował przede wszystkim parametry metaboliczne, skład ciała i samopoczucie, a nie skuteczność diety jako samodzielnej terapii przeciwnowotworowej.
    Felieton powołuje się również na pracę zatytułowaną „The calorically restricted ketogenic diet, an effective alternative therapy for malignant brain cancer”. Sam tytuł brzmi imponująco, dopóki nie przeczyta się metod. Badanie przeprowadzono na myszach, którym wszczepiono mysi gwiaździak albo ludzkie komórki glejaka. Nie było to badanie pacjentów leczonych z powodu raka mózgu. Wyniki eksperymentów na zwierzętach są potrzebne do formułowania hipotez, ale nie stanowią instrukcji leczenia człowieka.
    Umieszczenie tej pracy w PubMed Central również nie oznacza, że „rząd USA” uznał dietę za skuteczną terapię. PubMed i PubMed Central są bibliotekami literatury naukowej. Sama amerykańska National Library of Medicine zastrzega, że obecność publikacji w bazie nie oznacza jej poparcia ani potwierdzenia zawartych w niej wniosków przez bibliotekę, NIH lub rząd federalny. Krótko mówiąc: katalog biblioteczny nie jest ministerialnym certyfikatem prawdy.
    Podobna wybiórczość pojawia się przy mleku. Przywołane badanie China Kadoorie Biobank rzeczywiście wykazało statystyczny związek spożycia nabiału z ryzykiem raka wątroby i piersi. Związek z chłoniakiem przestał być jednak istotny po korekcie uwzględniającej wielokrotne porównania, a dla raka jelita grubego i wielu innych nowotworów nie stwierdzono istotnej zależności. Było to ponadto badanie obserwacyjne, które może wykazać korelację, lecz samo nie dowodzi, że mleko spowodowało zachorowania.
    Drugie przywołane źródło z 2020 roku dotyczyło ryzyka raka piersi, nie stanowiło natomiast dowodu, że mleko powoduje raka prostaty i jajnika. Autor badania mówił o możliwym mechanizmie hormonalnym i potrzebie dalszych badań. Felieton zamienia więc ostrożną hipotezę z jednego badania obserwacyjnego w ogólną diagnozę dotyczącą kilku nowotworów.
    Całość wiedzy o nabiale jest znacznie mniej wygodna dla czarno-białej narracji. Według aktualnych zaleceń American Cancer Society większe spożycie nabiału i wapnia może wiązać się z mniejszym ryzykiem raka jelita grubego, a być może również raka piersi, podczas gdy część badań sugeruje możliwość zwiększenia ryzyka raka prostaty. Z tego powodu organizacja nie formułuje jednej uniwersalnej rekomendacji dotyczącej nabiału. Nauka dopuszcza, że ten sam produkt może mieć różne znaczenie dla różnych chorób. Felieton potrzebuje prostszego hasła: „mleko po prostu szkodzi”.
    Argument, że człowiek jest jedynym ssakiem pijącym mleko innego gatunku, nie jest argumentem medycznym. Człowiek jest także jedynym ssakiem gotującym żywność, szczepiącym dzieci i wykonującym operacje kardiochirurgiczne. „Nienaturalność” nie oznacza automatycznie szkodliwości, podobnie jak „naturalność” nie gwarantuje bezpieczeństwa.
    W książce „Mit chorób nieuleczalnych. Powrót do raju utraconego” Safuta opisuje peptydy powstające z kazeiny i glutenu oraz przypisuje im szerokie znaczenie dla autyzmu, chorób autoimmunologicznych, przewlekłego zapalenia i przepuszczalności jelit. Sam fakt, że podczas trawienia mogą powstawać peptydy o aktywności opioidowej w warunkach laboratoryjnych, nie dowodzi jeszcze, że u zdrowych ludzi docierają one w istotnym stężeniu do mózgu i działają jak narkotyki. Pomiędzy powstaniem cząsteczki w jelicie a klinicznym działaniem na mózg istnieją kolejne etapy: trawienie, wchłanianie, metabolizm, stężenie we krwi i osobna bariera krew–mózg.
    Felieton dodatkowo miesza przepuszczalność jelita z przepuszczalnością bariery krew–mózg, jakby uszkodzenie jednej automatycznie otwierało drugą. To dwa różne układy biologiczne. Opisana zależność wymagałaby konkretnych dowodów klinicznych, a nie samego schematu mechanistycznego.
    Jako źródło dotyczące „opiatów” podano stronę laboratorium, które sprzedaje analizę tych substancji w moczu za 570 zł. Strona handlowa może zawierać prawdziwe informacje, ale nie zastępuje niezależnego przeglądu badań ani wytycznych klinicznych. Cennik badania laboratoryjnego nie jest metaanalizą. Co więcej, przegląd sześciu randomizowanych badań obejmujących 214 dzieci wykazał niewiele dowodów, że dieta bezglutenowa i bezkazeinowa poprawia podstawowe objawy autyzmu.
    Nieuprawnione jest również stwierdzenie, że wszystkie oleje roślinne poza oliwą i olejem kokosowym są szkodliwe, ponieważ zawierają kwas linolowy. Systematyczny przegląd piętnastu kontrolowanych badań nie znalazł podstaw do twierdzenia, że zwiększone spożycie kwasu linolowego podnosi markery przewlekłego stanu zapalnego. Z kolei organizacje kardiologiczne zalecają zastępowanie części tłuszczów nasyconych tłuszczami wielonienasyconymi.
    Zalecenie zastępowania węglowodanów przede wszystkim smalcem, masłem klarowanym i olejem kokosowym, połączone z potępieniem większości olejów roślinnych, nie jest zatem neutralnym opisem „faktów naukowych”. To wybór określonej doktryny żywieniowej, sprzeczny z dużą częścią danych dotyczących ryzyka sercowo-naczyniowego.
    Jeszcze poważniejszy problem stanowi rekomendowanie chorym onkologicznie ograniczania białka i kalorii. Felieton zaleca restrykcję kaloryczną wynoszącą 25–50 procent oraz ograniczenie mięsa, ryb i jaj w celu kontroli glutaminy. Tymczasem wytyczne Europejskiego Towarzystwa Żywienia Klinicznego i Metabolizmu zalecają, aby zapotrzebowanie energetyczne chorego onkologicznego zasadniczo pokrywać, zwykle na poziomie około 25–30 kcal na kilogram masy ciała dziennie, a spożycie białka utrzymywać powyżej 1 g/kg, w miarę możliwości do 1,5 g/kg.
    Powód jest prosty: niedożywienie i utrata mięśni są częstymi, realnymi zagrożeniami w chorobie nowotworowej. Pogarszają tolerancję leczenia, sprawność i rokowanie. Według tych samych wytycznych następstwa niedożywienia mogą odpowiadać za część zgonów pacjentów onkologicznych. Zalecanie każdemu choremu obcięcia nawet połowy kalorii bez znajomości jego masy ciała, stanu odżywienia, rodzaju nowotworu i stosowanego leczenia nie jest „terapią metaboliczną”. Jest ryzykownym eksperymentem prowadzonym na człowieku, który może już tracić wagę i siłę.
    Równie kategoryczne jest stwierdzenie, że wlewy z askorbinianu sodu są „jedyną skuteczną chemioterapią, celowaną w komórki nowotworowe”. To zdanie jest po prostu fałszywe. Dożylna witamina C jest badana — zwykle jako dodatek do standardowego leczenia. Niektóre próby przyniosły interesujące wyniki, inne nie wykazały zahamowania wzrostu guza, a dotychczasowe rezultaty są mieszane. FDA nie zatwierdziła dożylnej witaminy C jako leczenia raka. Wlewy mogą być szczególnie niebezpieczne między innymi dla osób z chorobami nerek, niedoborem G6PD lub hemochromatozą.
    Można badać askorbinian jako potencjalną terapię wspomagającą. Nie można uczciwie nazywać go „jedyną skuteczną chemioterapią”, skoro nie wykazano jego skuteczności jako uniwersalnego samodzielnego leczenia, a skuteczność wielu leków przeciwnowotworowych została potwierdzona w kontrolowanych badaniach klinicznych.
    Najbardziej znamienny jest finał felietonu. Autorka zapewnia, że książki „Mit chorób nieuleczalnych i wielki biznes” oraz „Mit chorób nieuleczalnych. Powrót do raju utraconego” zawierają „jedynie starannie sprawdzone fakty naukowe”, po czym definiuje „mądrego lekarza” jako takiego, który nie będzie zaprzeczał prawdzie w nich zawartej. Jest to konstrukcja odporna na jakąkolwiek weryfikację: lekarz potwierdzający książkę jest mądry, a lekarz wykazujący błędy najwyraźniej działa „na oślep”.
    W nauce żadna książka nie otrzymuje statusu prawdy dlatego, że zawiera dużo przypisów. Można powołać się na autentyczne badanie i całkowicie wypaczyć jego znaczenie: przedstawić eksperyment na myszach jako terapię ludzi, korelację jako przyczynę, hipotezę jako dowód, a możliwe leczenie wspomagające jako zamiennik onkologii. I dokładnie taki mechanizm widać w tym felietonie.
    Pacjent po rozpoznaniu nowotworu rzeczywiście potrzebuje lekarza, który zna aktualną literaturę, nie lekceważy żywienia i potrafi rozmawiać również o terapiach eksperymentalnych. Nie potrzebuje jednak kogoś, kto uzna dwie książki popularnonaukowe za nadrzędne wobec diagnostyki, badań klinicznych i wytycznych. W onkologii fałszywa pewność nie jest odwagą. Może kosztować czas, którego — jak słusznie zauważa sama autorka — chory często nie ma.
    Prawda naukowa nie polega na wypowiedzeniu słowa „PRAWDA” wielkimi literami. Musi przetrwać porównanie z całym materiałem dowodowym, a nie tylko z badaniami, które pasują do wcześniej przyjętej opowieści.

    • comment-avatar

      Panie Klaudiuszu!
      Jako, załóżmy – lekarz, wykształcony na zaprogramowanej przez koncerny farmaceutyczne akademii medycznej, często obficie zasilanej „grantami” bigpharmy, ma Pan poglądy „politycznie poprawne”.
      Może zaciekawią Pana wypowiedzi dr Richarda Hortona, dr Marcii Angell na temat prawdy w medycznej literaturze naukowej? Spojrzałam, znajdzie Pan w Internecie. Albo taka informacja: „w latach 2009-2014 koncerny farmaceutyczne zgodziły się dobrowolnie zapłacić Departamentowi Stanu USA 13 miliardów dolarów za odstąpienie od procesów za korumpowanie lekarzy”. Problemem oszustw naukowych, zajął się np. prof. Łukasz A. Turski – UW, w wykładzie zatytułowanym „Nauka w oparach oszustw”, przytaczając wnioski z metaanalizy nt. „Dlaczego większość opublikowanych badań medycznych jest błędna?” – John P. A. Ionnidis – Uniwersytet Standforda.

      Po tym co wyżej, wniosek Jacka Safuty: „medycyna akademicka jest w większości oparta na błędnie przeprowadzonych bądź sfałszowanych badaniach, konflikcie interesów, korupcji, szkodliwych dla pacjenta rekomendacjach i dezinformacji szerzonej przez koncerny farmaceutyczne przy pomocy zależnych od nich instytucji, mediów, naukowców i lekarzy” – staje się jakby bardziej uprawniony.

       Chemioterapia jest jedną z najbardziej kosztownych „terapii” na świecie (10 do 200 tys. dolarów) i  służy właściwie do – zabijania ludzi! (AI)” Chemioterapia – zastosowana jako jedyna metoda leczenia, daje szansę na całkowite wyleczenie w około 5–8% przypadków wszystkich typów raka”.
      Wynik przytoczonego badania, (którego moją interpretację Pan skrytykował): „ogólny udział cytotoksycznej chemioterapii leczniczej i adiuwantowej w 5-letnim przeżyciu u dorosłych oszacowano na 2,3% w Australii i 2,1% w USA”.
      Dr Hardin B. Jones publicznie stwierdza: NIE–leczeni chorzy żyją średnio 12 i pół roku, a poddani terapii onkologicznej żyją – tylko 3 lata – CZTERY RAZY KRÓCEJ!
      Polski lekarz dr N. Sadłoń z Kościeliska próbował zainteresować uczelnie medyczne, NRL, MZ, GIS, podjęciem badania nad skutecznością baniek lekarskich, które w XX w. były w standardach medycyny akademickiej. Produkt, którego nie można opatentować i „robić na nim kasy”, jest: albo nieskuteczny, albo szkodliwy, prawda?
      Kto będzie prowadził i FINANSOWAŁ badania nad wpływem diety ketogennej (i in. czynników naturalnych) na wyleczenie raka? Duże, kosztowne badania, których wyniki odbiorą klientów koncernom spożywczym (produkującym pięknie opakowane trucizny), odbiorą ogromną liczbę klientów koncernom farmaceutycznym i pacjentów lekarzom-specjalistom.
      NIE WIDZĘ CHĘTNYCH:)

      A zaufanie do państwowych instytucji, do rządowych działań i opinii – coraz bardziej zbliża się do ZERA! https://www.youtube.com/watch?v=QGT-Gsq47Ys dr Leszek Sykulski – Wybuch w Tarnawie-Kolonii – prowokacja? 30 lipca 2026

      • comment-avatar
        Klaudiusz 3 dni

        Pani Heleno,
        zacznijmy od drobiazgu: nie ma potrzeby „załóżmy – lekarz”. Nigdzie nie przedstawiałem się jako lekarz. W naukowej dyskusji argument powinien dać się ocenić niezależnie od tego, czy wypowiada go profesor medycyny, hydraulik czy emerytowany nauczyciel matematyki. Sugestia, że skoro ktoś nie podziela poglądów Jacka Safuty, to zapewne został „zaprogramowany przez akademię medyczną zasilaną grantami Big Pharmy”, jest wygodnym sposobem dyskwalifikowania rozmówcy jeszcze przed sprawdzeniem jego argumentów. Z nauką ma to niewiele wspólnego.
        Natomiast za nazwiska Richarda Hortona, Marcii Angell i Johna P.A. Ioannidisa dziękuję, bo są bardzo dobrym punktem wyjścia. I — co może Panią zaskoczy — w zasadniczej kwestii całkowicie się z nimi zgadzam.
        Richard Horton rzeczywiście pisał w 2015 roku o kryzysie powtarzalności badań, małych próbach, niewielkich efektach, błędnych analizach i konfliktach interesów. Nie wyciągał jednak z tego wniosku: „skoro część badań jest zawodna, uwierzmy autorowi popularnej książki”. Przeciwnie — mówił o konieczności poprawienia metodologii, finansowania replikacji, szkolenia naukowców i większej współpracy. Innymi słowy: proponował **więcej rygoru naukowego**, a nie mniej.
        Marcia Angell również od wielu lat bardzo ostro krytykuje związki przemysłu farmaceutycznego z medycyną akademicką. Jej tekst „Is Academic Medicine for Sale?” dotyczył właśnie konfliktów interesów pomiędzy uczelniami, badaczami i firmami. Problem jest realny i poważny. Tylko że z faktu istnienia konfliktów interesów nie wynika automatycznie, że wyniki wszystkich badań leków są fałszywe, a tym bardziej — że prawdziwe stają się twierdzenia konkurencyjne, które nie mają odpowiednich dowodów.
        Najciekawszy jest jednak profesor John P.A. Ioannidis. Przywołuje Pani tekst „Why Most Published Research Findings Are False”. Drobna, lecz ważna korekta: **to nie była metaanaliza**. PLOS klasyfikuje ten tekst jako esej. Ioannidis zbudował model pokazujący, w jakich warunkach prawdopodobieństwo fałszywie dodatnich rezultatów staje się wysokie: małe próby, niewielkie efekty, elastyczna metodologia, wielokrotne testowanie hipotez, uprzedzenia badaczy i — oczywiście — interes finansowy.
        I tu pojawia się pewien paradoks. Przecież właśnie **tym kryterium oceniałem badania przywoływane w felietonie**. Nie wystarczy znaleźć eksperyment na kilkunastu myszach, badanie obserwacyjne albo pracę pokazującą ciekawy mechanizm biologiczny i ogłosić na tej podstawie terapię raka. To dokładnie przed takim sposobem interpretacji literatury ostrzega Ioannidis.
        Co więcej, słowo „false” w tytule jego publikacji nie oznacza „sfałszowane”. Wynik fałszywy statystycznie, wynik niepowtarzalny, błąd metodologiczny i świadome fałszerstwo naukowe to cztery zupełnie różne rzeczy. Tymczasem w cytowanym przez Panią zdaniu Jacka Safuty zostają one wrzucone do jednego worka: „błędnie przeprowadzone bądź sfałszowane badania”. Jest to retorycznie efektowne, ale metodologicznie niedopuszczalne.
        Podobnie wygląda sprawa owych 13 miliardów dolarów. Tak — koncerny farmaceutyczne płaciły ogromne kary i zawierały gigantyczne ugody dotyczące między innymi nielegalnego marketingu leków, fałszywych roszczeń i kickbacków. Pfizer zapłacił w 2009 r. 2,3 mld dolarów, GlaxoSmithKline w 2012 r. 3 mld, a Johnson & Johnson w 2013 r. ponad 2 mld. Nikt rozsądny nie powinien tego zamiatać pod dywan.
        Tyle że podana przez Panią wersja tej informacji została po drodze dość gruntownie przerobiona. Chodzi o **Department of Justice — Departament Sprawiedliwości**, a nie Departament Stanu. Kwota ponad 13 mld dolarów dotyczyła różnych spraw związanych m.in. z oszukańczym marketingiem, a nie wyłącznie „korumpowania lekarzy”. Część spraw rzeczywiście obejmowała kickbacki dla lekarzy, część dotyczyła promocji leków poza zatwierdzonymi wskazaniami, zatajenia danych bezpieczeństwa czy nieprawidłowych rozliczeń. To istotna różnica.
        I jeszcze jedna rzecz jest tu wręcz zabawna logicznie: dowodem na wszechwładzę przemysłu farmaceutycznego mają być… postępowania prowadzone przez instytucje państwowe przeciwko przemysłowi farmaceutycznemu, zakończone wielomiliardowymi karami. Trudno jednocześnie dowodzić, że wszystkie instytucje państwowe są bezwolnym narzędziem koncernów, a następnie powoływać się na działalność tych samych instytucji jako dowód własnej tezy.
        Przejdźmy do chemioterapii.
        Zdanie, że chemioterapia „służy właściwie do zabijania ludzi”, jest po prostu nieprawdziwe. To, że preparaty cytotoksyczne są toksyczne i mogą powodować ciężkie, czasami śmiertelne działania niepożądane, nie jest żadną tajemnicą. Dlatego onkolog przed leczeniem ocenia stosunek spodziewanej korzyści do ryzyka.
        Natomiast podawanie jednej wartości typu „5–8% skuteczności chemioterapii dla wszystkich raków” jest medycznie niemal bezsensowne. „Rak” nie jest jedną chorobą. W chłoniaku Hodgkina nawet około 90% nowo rozpoznanych pacjentów może zostać wyleczonych za pomocą chemioterapii skojarzonej i/lub radioterapii. Rak jądra jest zwykle wyleczalny nawet w zaawansowanym stadium, a chemioterapia jest jednym z fundamentów tego sukcesu. W ostrej białaczce limfoblastycznej chemioterapia skojarzona pozostaje podstawą leczenia.
        W innych nowotworach chemioterapia nie leczy definitywnie, ale może zmniejszyć ryzyko nawrotu po operacji, wydłużyć życie albo złagodzić objawy. A w jeszcze innych jej korzyść jest mała i lekarz może jej w ogóle nie proponować. Tak właśnie wygląda medycyna oparta na dowodach: nie „chemioterapia dobra” albo „chemioterapia zła”, lecz konkretna terapia dla konkretnego nowotworu, stadium i konkretnego pacjenta.
        Przywołane przez Panią 2,1% i 2,3% rzeczywiście pochodzą z publikacji Morgana, Ward i Bartona z 2004 roku. Tyle że te liczby **nie oznaczają, że chemioterapia działa u 2% pacjentów ani że 98% leczonych nią umiera**.
        Autorzy policzyli coś znacznie bardziej specyficznego: jaki procent wszystkich dorosłych pacjentów z 22 analizowanymi nowotworami uzyskiwał **dodatkowe pięcioletnie przeżycie przypisywane wyłącznie cytotoksycznej chemioterapii leczniczej lub adiuwantowej**. Jako mianownika użyto wszystkich chorych z tymi nowotworami — także takich, u których chemioterapia w ogóle nie była wskazana.
        Już kilka miesięcy później czworo onkologów odpowiedziało autorom na łamach tego samego czasopisma. Wskazali między innymi, że użycie wszystkich nowo rozpoznanych pacjentów jako mianownika zaniża korzyść w grupach rzeczywiście kwalifikujących się do chemioterapii; że pominięto białaczki; że nie uwzględniono części chłoniaków i niektórych korzyści leczenia zaawansowanej choroby; oraz że pięcioletni punkt odcięcia może nie wychwytywać części efektów. Ich podsumowanie było wyjątkowo trafne: łączenie wszystkich pacjentów z nowotworami w jedną pulę może być „questionable and potentially misleading”.
        Nie twierdzę przez to, że oryginalna praca Morgana jest bezwartościowa. Jest interesującym głosem w dyskusji o nadmiernym stosowaniu i kosztach cytostatyków. Twierdzę jedynie, że zamiana wyniku „2,1% udziału w pięcioletnim przeżyciu całej analizowanej populacji” na hasło „chemioterapia ma 2% skuteczności” jest podręcznikowym przykładem tego, przed czym ostrzegają właśnie Horton i Ioannidis: **zbyt dalekiego wniosku wyciągniętego z konkretnego rodzaju danych**.
        Następnie Hardin B. Jones. Jego praca „Demographic Consideration of the Cancer Problem” rzeczywiście istnieje i została opublikowana w 1956 roku.
        Natomiast powtarzana w Internecie historia o tym, że „nieleczeni żyją średnio 12,5 roku, a leczeni 3 lata”, wymagałaby znacznie lepszego źródła niż kolejny portal medycyny alternatywnej. Nie znajduję tych konkretnych wartości w dostępnych mi danych bibliograficznych dotyczących wskazanej publikacji. Jeżeli ma Pani numer strony oryginalnego artykułu Jonesa zawierający te liczby i metodę ich wyliczenia, chętnie go zobaczę.
        Nawet gdyby taki historyczny wynik został poprawnie zacytowany, pozostaje jeszcze drugi problem: nie można porównania pacjentów leczonych i nieleczonych z połowy XX wieku przenieść bezpośrednio na onkologię roku 2026. Diagnostyka, dobór pacjentów, leczenie wspomagające, chirurgia, radioterapia, schematy chemioterapii i same kryteria rozpoznawania nowotworów zmieniły się nieporównywalnie.
        Jest jeszcze przykład baniek lekarskich i pytanie: kto będzie badał terapię, której nie można opatentować?
        Odpowiedź brzmi: **naukowcy**.
        Na temat baniek istnieją randomizowane badania, przeglądy systematyczne i metaanalizy. Metaanaliza dotycząca przewlekłego bólu obejmowała 18 badań z udziałem 1172 osób. Wyniki sugerowały pewną krótkotrwałą poprawę wobec braku leczenia, lecz efekt zanikał w porównaniu z pozorowanym stawianiem baniek, a jakość danych ograniczały heterogeniczność i ryzyko błędu. Nowsze przeglądy nadal oceniają część dowodów jako niskiej lub bardzo niskiej jakości.
        Czyli dokładne przeciwieństwo tezy: „nikt nie bada, bo nie można opatentować”. Badają. Jeżeli wyniki nie są dostatecznie przekonujące, problemem nie jest patent, lecz jakość dowodów.
        To samo dotyczy diety ketogenicznej w onkologii. Pyta Pani retorycznie: „Kto będzie prowadził i finansował duże badania? NIE WIDZĘ CHĘTNYCH”.
        Proszę więc spojrzeć na badanie **DIET2TREAT**. Jest to aktywne, wieloośrodkowe, randomizowane badanie fazy II obejmujące planowo 170 pacjentów z nowo rozpoznanym glejakiem wielopostaciowym. Jedna grupa otrzymuje dietę ketogeniczną, druga standardowe zalecenia żywieniowe; obie otrzymują standardowe leczenie onkologiczne. Głównym celem jest sprawdzenie wpływu diety na przeżycie. Badanie ma numer grantu **NIH R01CA276919**. Innymi słowy — właśnie amerykańska instytucja publiczna finansuje dokładnie takie badanie, o którym pisze Pani, że nikt nie będzie chciał go finansować.
        Są także inne zarejestrowane badania diety ketogenicznej w raku trzustki, piersi, płuca, czerniaku, raku nerki i guzach mózgu.
        To bardzo ważny przykład. Nauka nie mówi: „keto to bzdura, bo nie jest lekiem koncernu”. Nauka mówi: **to interesująca hipoteza — sprawdźmy ją porządnie**.
        A dopóki wyniku takiego badania nie znamy, uczciwe zdanie brzmi: „nie wiemy jeszcze, czy dieta ketogeniczna wydłuża życie chorych z glejakiem”. Nie: „wiemy, że leczy raka, ale Big Pharma nie pozwala tego udowodnić”.
        Na koniec przywołuje Pani film dr. Leszka Sykulskiego dotyczący wybuchu w Tarnawie-Kolonii jako argument za spadającym zaufaniem do instytucji państwowych. Sam incydent rzeczywiście miał miejsce i jego okoliczności były przedmiotem działań służb.
        Nie widzę jednak żadnego logicznego związku pomiędzy tym zdarzeniem a skutecznością cytostatyków, dietą ketogeniczną, metabolizmem glutaminy czy askorbinianem sodu. Nawet gdyby rząd skłamał w dowolnej sprawie politycznej, nie spowodowałoby to nagle, że eksperyment na myszy staje się randomizowanym badaniem klinicznym na człowieku.
        I chyba właśnie tutaj znajduje się istota naszego sporu.
        Nie twierdzę, że koncerny farmaceutyczne są altruistycznymi organizacjami. Nie są. Nie twierdzę, że literatura medyczna jest wolna od błędów, korupcji, złej metodologii czy manipulacji. Nie jest. Nie twierdzę, że lekarze są nieomylni. Nie są.
        Twierdzę coś znacznie mniej efektownego: **każde twierdzenie trzeba oceniać według jakości dowodów, które je wspierają**.
        Jeżeli przyjmujemy standard Ioannidisa dla badań przemysłu farmaceutycznego, zastosujmy go również do badań cytowanych przez Jacka Safutę. Jeżeli mała próba jest problemem w badaniu leku — jest nim także w badaniu diety. Jeżeli konflikt interesów podważa wiarygodność producenta farmaceutycznego, to sprzedaż książek i własnego programu zdrowotnego również należy przynajmniej ujawnić jako możliwy interes. Jeżeli pojedyncza publikacja nie wystarcza do zatwierdzenia leku, nie wystarcza również do ogłoszenia, że mleko, oleje roślinne czy węglowodany powodują całe spektrum chorób.
        Nie można używać sceptycyzmu naukowego jak zaworu jednokierunkowego: bezlitośnie kwestionować każdą pracę, która nie pasuje do własnego obrazu świata, a jednocześnie bezkrytycznie przyjmować wszystko, co potwierdza książkę „Mit chorób nieuleczalnych i wielki biznes”.
        Profesor Ioannidis zapewne byłby pierwszą osobą, która zaleciłaby zastosowanie tych samych kryteriów do obu stron.
        I właśnie o to proszę.

      • comment-avatar
        anty-bakiewicz 2 dni

        sorry że się tak „wtrancam” do dyskusji, ale czy ty sie powolujesz na opinie dr Hardina Blair Jonesa? tego ktory zmarł w 1978 ? to kiedy on te teorie wytoczył ? po swojej śmierci ? pewnie ci umknęło, że świat z medycyną włącznie, jeśli nie na czele, w przeciągu ostatnich 50 lat troche poszedł do przodu 🙂 zaraz mi się przypomniał twój zachwyt nad Braunem budującym strategiczne wizje kraju na bazie doświadczeń Bolesława Chrobrego 🙂 a jeśli dla kogoś ci, ktorych promujesz są autorytetem, cóż więcej powiedzieć ponad to, że Darwin miał rację. I bardzo dobrze dla społeczeństwa że Darwinowskie zasady działają nadal. Im polecam ograniczyć terapię do witaminy C. Niech nie zajmują „niepotrzebnie” kolejek.

  • comment-avatar

    Dzięki za zamieszczenie!
    Wspomogę trochę ten tekst, żeby ważne dla wielu osób informacje, stały się bardziej widoczne!

  • comment-avatar

    Witam i dziękuję za zamieszczenie!
    Zależy mi, żeby ważne informacje były łatwiej dostępne, więc zwrócę uwagę na ten tekst.

  • comment-avatar
    Klaudiusz 1 tydzień

    1/3
    Tytuł felietonu „Emocje opadły? – Wróćmy do faktów!” zapowiada rzeczową analizę. Niestety otrzymujemy coś innego: mieszaninę prawdziwych zjawisk biologicznych, pojedynczych badań, doświadczeń na zwierzętach, hipotez oraz bardzo stanowczych zaleceń terapeutycznych, które z tych badań wcale nie wynikają. W medycynie nie wystarczy znaleźć publikację zawierającą odpowiednie słowa kluczowe. Trzeba jeszcze sprawdzić, kogo badano, jak zaprojektowano eksperyment, jaki był jego wynik i czy został potwierdzony w badaniach klinicznych.
    Już na początku felieton informuje, że komórki nowotworowe odżywiają się przede wszystkim glukozą, co miało zostać nagrodzone Noblem w 1931 roku. Tymczasem oficjalne uzasadnienie tej nagrody mówi o odkryciu natury i sposobu działania enzymu oddechowego, a nie o udowodnieniu, że raka można wyleczyć poprzez odstawienie węglowodanów. Przywołanie Nobla nadaje wywodowi powagi, lecz nie dowodzi skuteczności proponowanej diety.
    To prawda, że metabolizm wielu komórek nowotworowych jest zmieniony i że często intensywnie wykorzystują one glukozę. Nie wynika z tego jednak, że człowiek może „zagłodzić guz”, przestając jeść węglowodany. Nowotwory są biologicznie zróżnicowane i potrafią korzystać z różnych substratów energetycznych. National Cancer Institute stwierdza jednoznacznie, że nie ma dowodu, aby dieta ketogeniczna lub jakakolwiek inna szczególna dieta mogła sama zahamować raka, wyleczyć go albo zapobiec jego nawrotowi.
    Nie oznacza to, że dieta ketogeniczna jest naukowym absurdem. Jest badana jako potencjalne uzupełnienie leczenia niektórych nowotworów. Nowsze analizy wskazują, że może wpływać na stężenie glukozy i insuliny, masę ciała, zmęczenie czy jakość życia. To interesujące wyniki, ale nie są one dowodem znikania guzów, wydłużenia przeżycia ani zastąpienia chirurgii, radioterapii, immunoterapii lub leczenia farmakologicznego. Co znamienne, przegląd z 2025 roku analizował przede wszystkim parametry metaboliczne, skład ciała i samopoczucie, a nie skuteczność diety jako samodzielnej terapii przeciwnowotworowej.
    Felieton powołuje się również na pracę zatytułowaną „The calorically restricted ketogenic diet, an effective alternative therapy for malignant brain cancer”. Sam tytuł brzmi imponująco, dopóki nie przeczyta się metod. Badanie przeprowadzono na myszach, którym wszczepiono mysi gwiaździak albo ludzkie komórki glejaka. Nie było to badanie pacjentów leczonych z powodu raka mózgu. Wyniki eksperymentów na zwierzętach są potrzebne do formułowania hipotez, ale nie stanowią instrukcji leczenia człowieka.
    Umieszczenie tej pracy w PubMed Central również nie oznacza, że „rząd USA” uznał dietę za skuteczną terapię. PubMed i PubMed Central są bibliotekami literatury naukowej. Sama amerykańska National Library of Medicine zastrzega, że obecność publikacji w bazie nie oznacza jej poparcia ani potwierdzenia zawartych w niej wniosków przez bibliotekę, NIH lub rząd federalny. Krótko mówiąc: katalog biblioteczny nie jest ministerialnym certyfikatem prawdy.
    Podobna wybiórczość pojawia się przy mleku. Przywołane badanie China Kadoorie Biobank rzeczywiście wykazało statystyczny związek spożycia nabiału z ryzykiem raka wątroby i piersi. Związek z chłoniakiem przestał być jednak istotny po korekcie uwzględniającej wielokrotne porównania, a dla raka jelita grubego i wielu innych nowotworów nie stwierdzono istotnej zależności. Było to ponadto badanie obserwacyjne, które może wykazać korelację, lecz samo nie dowodzi, że mleko spowodowało zachorowania.
    Drugie przywołane źródło z 2020 roku dotyczyło ryzyka raka piersi, nie stanowiło natomiast dowodu, że mleko powoduje raka prostaty i jajnika. Autor badania mówił o możliwym mechanizmie hormonalnym i potrzebie dalszych badań. Felieton zamienia więc ostrożną hipotezę z jednego badania obserwacyjnego w ogólną diagnozę dotyczącą kilku nowotworów.

  • comment-avatar
    Klaudiusz 1 tydzień

    2/3
    Całość wiedzy o nabiale jest znacznie mniej wygodna dla czarno-białej narracji. Według aktualnych zaleceń American Cancer Society większe spożycie nabiału i wapnia może wiązać się z mniejszym ryzykiem raka jelita grubego, a być może również raka piersi, podczas gdy część badań sugeruje możliwość zwiększenia ryzyka raka prostaty. Z tego powodu organizacja nie formułuje jednej uniwersalnej rekomendacji dotyczącej nabiału. Nauka dopuszcza, że ten sam produkt może mieć różne znaczenie dla różnych chorób. Felieton potrzebuje prostszego hasła: „mleko po prostu szkodzi”.
    Argument, że człowiek jest jedynym ssakiem pijącym mleko innego gatunku, nie jest argumentem medycznym. Człowiek jest także jedynym ssakiem gotującym żywność, szczepiącym dzieci i wykonującym operacje kardiochirurgiczne. „Nienaturalność” nie oznacza automatycznie szkodliwości, podobnie jak „naturalność” nie gwarantuje bezpieczeństwa.
    W książce **„Mit chorób nieuleczalnych. Powrót do raju utraconego”** Safuta opisuje peptydy powstające z kazeiny i glutenu oraz przypisuje im szerokie znaczenie dla autyzmu, chorób autoimmunologicznych, przewlekłego zapalenia i przepuszczalności jelit. Sam fakt, że podczas trawienia mogą powstawać peptydy o aktywności opioidowej w warunkach laboratoryjnych, nie dowodzi jeszcze, że u zdrowych ludzi docierają one w istotnym stężeniu do mózgu i działają jak narkotyki. Pomiędzy powstaniem cząsteczki w jelicie a klinicznym działaniem na mózg istnieją kolejne etapy: trawienie, wchłanianie, metabolizm, stężenie we krwi i osobna bariera krew–mózg.
    Felieton dodatkowo miesza przepuszczalność jelita z przepuszczalnością bariery krew–mózg, jakby uszkodzenie jednej automatycznie otwierało drugą. To dwa różne układy biologiczne. Opisana zależność wymagałaby konkretnych dowodów klinicznych, a nie samego schematu mechanistycznego.
    Jako źródło dotyczące „opiatów” podano stronę laboratorium, które sprzedaje analizę tych substancji w moczu za 570 zł. Strona handlowa może zawierać prawdziwe informacje, ale nie zastępuje niezależnego przeglądu badań ani wytycznych klinicznych. Cennik badania laboratoryjnego nie jest metaanalizą. Co więcej, przegląd sześciu randomizowanych badań obejmujących 214 dzieci wykazał niewiele dowodów, że dieta bezglutenowa i bezkazeinowa poprawia podstawowe objawy autyzmu.
    Nieuprawnione jest również stwierdzenie, że wszystkie oleje roślinne poza oliwą i olejem kokosowym są szkodliwe, ponieważ zawierają kwas linolowy. Systematyczny przegląd piętnastu kontrolowanych badań nie znalazł podstaw do twierdzenia, że zwiększone spożycie kwasu linolowego podnosi markery przewlekłego stanu zapalnego. Z kolei organizacje kardiologiczne zalecają zastępowanie części tłuszczów nasyconych tłuszczami wielonienasyconymi.
    Zalecenie zastępowania węglowodanów przede wszystkim smalcem, masłem klarowanym i olejem kokosowym, połączone z potępieniem większości olejów roślinnych, nie jest zatem neutralnym opisem „faktów naukowych”. To wybór określonej doktryny żywieniowej, sprzeczny z dużą częścią danych dotyczących ryzyka sercowo-naczyniowego.
    Jeszcze poważniejszy problem stanowi rekomendowanie chorym onkologicznie ograniczania białka i kalorii. Felieton zaleca restrykcję kaloryczną wynoszącą 25–50 procent oraz ograniczenie mięsa, ryb i jaj w celu kontroli glutaminy. Tymczasem wytyczne Europejskiego Towarzystwa Żywienia Klinicznego i Metabolizmu zalecają, aby zapotrzebowanie energetyczne chorego onkologicznego zasadniczo pokrywać, zwykle na poziomie około 25–30 kcal na kilogram masy ciała dziennie, a spożycie białka utrzymywać powyżej 1 g/kg, w miarę możliwości do 1,5 g/kg.
    Powód jest prosty: niedożywienie i utrata mięśni są częstymi, realnymi zagrożeniami w chorobie nowotworowej. Pogarszają tolerancję leczenia, sprawność i rokowanie. Według tych samych wytycznych następstwa niedożywienia mogą odpowiadać za część zgonów pacjentów onkologicznych. Zalecanie każdemu choremu obcięcia nawet połowy kalorii bez znajomości jego masy ciała, stanu odżywienia, rodzaju nowotworu i stosowanego leczenia nie jest „terapią metaboliczną”. Jest ryzykownym eksperymentem prowadzonym na człowieku, który może już tracić wagę i siłę.

  • comment-avatar
    Klaudiusz 1 tydzień

    3/3
    Równie kategoryczne jest stwierdzenie, że wlewy z askorbinianu sodu są „jedyną skuteczną chemioterapią, celowaną w komórki nowotworowe”. To zdanie jest po prostu fałszywe. Dożylna witamina C jest badana — zwykle jako dodatek do standardowego leczenia. Niektóre próby przyniosły interesujące wyniki, inne nie wykazały zahamowania wzrostu guza, a dotychczasowe rezultaty są mieszane. FDA nie zatwierdziła dożylnej witaminy C jako leczenia raka. Wlewy mogą być szczególnie niebezpieczne między innymi dla osób z chorobami nerek, niedoborem G6PD lub hemochromatozą.
    Można badać askorbinian jako potencjalną terapię wspomagającą. Nie można uczciwie nazywać go „jedyną skuteczną chemioterapią”, skoro nie wykazano jego skuteczności jako uniwersalnego samodzielnego leczenia, a skuteczność wielu leków przeciwnowotworowych została potwierdzona w kontrolowanych badaniach klinicznych.
    Najbardziej znamienny jest finał felietonu. Autorka zapewnia, że książki **„Mit chorób nieuleczalnych i wielki biznes”** oraz **„Mit chorób nieuleczalnych. Powrót do raju utraconego”** zawierają „jedynie starannie sprawdzone fakty naukowe”, po czym definiuje „mądrego lekarza” jako takiego, który nie będzie zaprzeczał prawdzie w nich zawartej. Jest to konstrukcja odporna na jakąkolwiek weryfikację: lekarz potwierdzający książkę jest mądry, a lekarz wykazujący błędy najwyraźniej działa „na oślep”.
    W nauce żadna książka nie otrzymuje statusu prawdy dlatego, że zawiera dużo przypisów. Można powołać się na autentyczne badanie i całkowicie wypaczyć jego znaczenie: przedstawić eksperyment na myszach jako terapię ludzi, korelację jako przyczynę, hipotezę jako dowód, a możliwe leczenie wspomagające jako zamiennik onkologii. I dokładnie taki mechanizm widać w tym felietonie.
    Pacjent po rozpoznaniu nowotworu rzeczywiście potrzebuje lekarza, który zna aktualną literaturę, nie lekceważy żywienia i potrafi rozmawiać również o terapiach eksperymentalnych. Nie potrzebuje jednak kogoś, kto uzna dwie książki popularnonaukowe za nadrzędne wobec diagnostyki, badań klinicznych i wytycznych. W onkologii fałszywa pewność nie jest odwagą. Może kosztować czas, którego — jak słusznie zauważa sama autorka — chory często nie ma.
    Prawda naukowa nie polega na wypowiedzeniu słowa „PRAWDA” wielkimi literami. Musi przetrwać porównanie z całym materiałem dowodowym, a nie tylko z badaniami, które pasują do wcześniej przyjętej opowieści.

  • comment-avatar
    Klaudiusz 1 tydzień

    Proszę wybaczyć mi nieusprawiedliwioną nadgorliwość i niepotrzebne opublikowanie komentarza w formie podzielonej. Panie Redaktorze Julianie, ewentualnie Szanowna Osobo moderująca komentarze na portalu, uprzejmie proszę o usunięcie trzech, niepotrzebnie podzielonych wersji mojego komentarza. Wykazałem się przy ich wysyłaniu niepotrzebną niecierpliwością, za co przepraszam. Proszę o pozostawienie jedynie wersji ostatecznej i kompletnej. Dziękuję za wyrozumiałość.

  • Disqus ( )