![Powrót do Raju? [felieton Heleny Grembeckiej] Powrót do Raju? [felieton Heleny Grembeckiej]](https://lubliniecki.pl/wp-content/uploads/2024/11/FELIETON.jpg)
Powrót do Raju? [felieton Heleny Grembeckiej]
Chyba każdy człowiek, wzrastający w zachodnim kręgu kulturowym, zna słowo – raj. Nawet, jeśli nie poznał nazwy biblijnego ogrodu – Edenu w kontekście religijnym, to ma szansę przyswoić ją poprzez szeroki wpływ dziedzictwa kulturowego. A było to tak… Na początku dziejów, człowiek żył szczęśliwy w raju blisko swojego Stworzyciela do czasu, kiedy perfidnie zwiedziony przez węża, sam chciał stać się – „jak Bóg”! Ta pierwotna pokusa zajęcia miejsca Boga rozpanoszyła się na stałe w ludzkim świecie. Niestety zawsze, kiedy człowiek próbuje po swojemu zdefiniować: dobro i zło – chcąc żyć według swoich zasad, w nieunikniony sposób wpada w tarapaty.
.Swoje bytowanie na Ziemi ludzie rozpoczęli przed około trzema milionami lat. Wiele tysięcy lat później, przed około 300 tysiącami lat pojawił się człowiek rozumny – Homo sapiens, który pozostawał łowcą – zbieraczem. Czyli cała, paleolityczna historia życia człowieka, związana jest z konkretnym stylem odżywiania: upolowane dzikie zwierzęta i zebrane dziko rosnące rośliny. To pierwsza, ewolucyjna przesłanka przemawiająca za tym, że jest to najlepiej przyswajalne dla człowieka pożywienie. Budowa układu pokarmowego, metabolizm są identyczne u archaicznego łowcy – zbieracza i u współczesnego człowieka. Dziś na żywo można jeszcze obserwować przedstawicieli nielicznych grup (Hadza, Agta, Inuici), które żyją jak paleolityczni łowcy – zbieracze. Żyjący tradycyjnie, cieszą się bardzo dobrym zdrowiem. Choroby przewlekłe ich nie dotyczą. To druga, mocna przesłanka za znaczeniem diety ketogennej.
.Choroby, nazywane cywilizacyjnymi pojawiły się dopiero w neolicie, kiedy rozpoczęła się era agrarna, co wykazują badania np. mumii egipskich. Około 10 tysięcy lat temu ludzie zaczęli się osiedlać, budować domy i uprawiać ziemię. W tym samym czasie udomowili zwierzęta, które hodowane były jako siła pociągowa i źródło mięsa. Pojawił się nowy rodzaj pożywienia – rośliny uprawne. Rolnicy, częściej niż łowcy – zbieracze, narażeni byli na klęski głodu. Pewnie w takim krytycznym momencie człowiek spróbował pić mleko od krowy, kozy albo owcy i później, chociaż głód minął, z mleka nie zrezygnował.
Ze spożywaniem mleka i nabiału wiąże się tzw. paradoks wapnia. Ze względu na dużą zawartość wapnia w mleku krowim (cielaki muszą szybko urosnąć), po wypiciu przez człowieka, w którego krwi nagle pojawia się wapń w zbyt wysokim stężeniu, wapń jest szybko usuwany z organizmu. I na skutek tego pojawiają się zwapnienia w tętnicach, w mózgu, a do zębów i kości wapń nie dociera, stąd próchnica i osteoporoza [WIĘCEJ – źr: National Geographic]
Także po spożyciu mleka i nabiału oraz – glutenu (produkty zbożowe) w organizmie powstają tzw. peptydy opioidowe, które rozszczelniają jelito i przedostają się do krwi, a przez stan zapalny nabłonka naczyń mózgowych przekraczają barierę krew-mózg. Są to substancje psychoaktywne, o działaniu podobnym do morfiny czy heroiny. Chociaż wpływ peptydów opioidowych jest słabszy niż twardych narkotyków, jednak wywołuje uzależnienie, więc trudno z nabiału i węglowodanów (cukru, pieczywa, makaronu) zrezygnować.
Jacek Safuta w książce „Mit chorób nieuleczalnych. Powrót do raju utraconego” zwraca też uwagę na taki znak czasu – wciąż obecną intuicję żywieniową u starożytnych autorów Pisma Świętego. Chociaż już od wielu wieków istniało rolnictwo, ludzie uprawiali ziemię i żywili się jej płodami, ciągle żyło przekonanie, że ofiara z mięsa i tłuszczu, którą złożył biblijny Abel, jest Panu Bogu bardziej miła, niż roślinna ofiara Kaina. Ojciec witający marnotrawnego syna, też kazał sługom zabić i przyrządzić utuczone, a więc tłuste cielę, jako najlepszy pokarm na radosne ucztowanie.
Historia, trwającej wiele lat walki, prowadzonej przez potentatów finansowych z wszystkim, co naturalne, rozpoczęła się na ostro w Stanach Zjednoczonych przed 100 laty. Wtedy rolnictwo oparte było jeszcze na tradycyjnych metodach uprawy roślin i hodowli zwierząt. Ziemia zawierała niezbędne dla człowieka minerały, które absorbowane i przetwarzane przez rośliny, stawały się wartościowym pokarmem. Zwierzęta pasły się na łąkach, nawoziły glebę. Nie dostawały toksycznej paszy, hormonów wzrostu i antybiotyków. Ludzie, pracując fizycznie spalali nadmiar glukozy i choroby przewlekłe takie, jak cukrzyca, miażdżyca, nowotwory – zdarzały się rzadko. Co się stało, że dziś mamy epidemię chorób przewlekłych?
Bogaci, chcieli być jeszcze bogatsi i znaleźli na to łatwy sposób. Monopolista naftowy Standard Oil – firma Rockefellerów i potentat finansowy – Andrew Carnegie, łącząc swe fortuny i wykorzystując pojawiające się możliwości przetwórcze, rozwinęli nowe gałęzie przemysłu: chemiczny i farmaceutyczny. Naukowcy zatrudnieni przez tych bogaczy bez skrupułów, dostali zadanie „na wagę złota” – wyodrębniać substancje aktywne z roślin leczniczych, badać je i produkować na bazie ropy naftowej podobne, syntetyczne farmaceutyki. Każdą syntetyczną substancję można opatentować, zmonopolizować rynek i zarabiać na niej. Tak narodził się wielki, dochodowy medyczny biznes – „przemysł inwestycyjny, który kwitnie dzięki trwaniu istniejących chorób i wywoływaniu nowych”, bo: „Nie ma pieniędzy ze zdrowych ludzi. Nie ma pieniędzy z martwych ludzi. Pieniądze są dokładnie pośrodku…” [WIĘCEJ – źr: pubmedinfo.org]
W 1992 roku pojawiła się idea medycyny opartej na dowodach (Evidence-Based Medicine – EBM), która powinna łączyć aktualną wiedzę naukową, doświadczenie lekarza oraz preferencje pacjenta w wyborze sposobu leczenia. Ale praktyka pokazuje, że jest inaczej – obowiązują standardy i procedury, które monopolizują rynek medyczny. A na dodatek, jak stwierdził dr Jason Fung: „medycyna oparta na dowodach jest całkowicie bezwartościowa, jeśli baza dowodów jest fałszywa lub powstała w wyniku korupcji.” Richard Horton, redaktor naczelny The Lancet stwierdził w 2015 roku: „znaczna część naukowej literatury, być może nawet połowa może być po prostu nieprawdziwa.” Instytucje akademickie często są „płatnymi przedstawicielami branży farmaceutycznej”.
.Badania kliniczne zwykle opłacane są przez firmy farmaceutyczne, więc wyniki przeważnie wypadają korzystnie dla wprowadzenia nowego produktu na rynek. Dr Jason Fung stawia sprawę jasno: „Nie możemy wierzyć medycynie opartej na dowodach, dopóki dowody nie zostaną oczyszczone z korupcyjnego wpływu interesów handlowych (…) Kiedy medycyna oparta na dowodach jest przekupywana i opłacana, ludzie umierają. To właśnie w ten sposób lekarze doprowadzili do kryzysu z opioidami, które zabijają tysiące ludzi ” [WIĘCEJ – źr: pubmedinfo.org]
Jak brutalnie działają korporacje farmaceutyczne? Oksykodon, morfina, heroina, fentanyl – substancje z grupy opioidów, mocno działające na układ nerwowy. Silnie uzależniają. Fentanyl – działa 100 razy mocniej niż morfina. Ludzie „zombi” na ulicach amerykańskich miast. Skutki wprowadzenia na rynek amerykański przez Purdue Pharma nowego farmaceutyku OxyContinu (substancja czynna oxykodon): „w latach 1999-2019, z przedawkowania opioidów zmarło w USA ponad 820 tys. Amerykanów. Z uzależnieniem walczy co najmniej 2 mln ludzi. Aż 80 proc. heroinistów to osoby, które zaczęły „przygodę” z narkotykami właśnie od OxyContinu” [WIĘCEJ – źr: businessinsider.com.pl]
Wiele jest przykładów konfliktu interesów, „wystarczy spojrzeć na osoby zasiadające w radach doradczych ds. zdrowia w szpitalach, placówkach medycznych i rządowych instytucjach. Opinia publiczna w większości nie zdaje sobie sprawy z tych powiązanych interesów. Na przykład badanie z 2003 roku wykazało, że prawie połowa wykładowców uczelni medycznych, którzy zasiadają w instytucjonalnych komisjach etycznych (IRB) doradzając w zakresie badań klinicznych, pełni również funkcję konsultantów dla przemysłu farmaceutycznego.”
Amerykański Instytut Żywienia (Nutrition Institute of America) – niezależna społeczna organizacja, zleciła zebranie szczegółowych danych statystycznych, dotyczących funkcjonowania konwencjonalnej medycyny w USA. Uwzględnione zostały dane raportowane przez różne sektory medyczne, z wszelkich działów lecznictwa podstawowego i specjalistycznego. Zgromadzono je w jednym przekrojowym, recenzowanym raporcie. „To skrupulatnie udokumentowane badanie wykazało, że system opieki zdrowotnej sankcjonowany przez rząd amerykański, jest główną przyczyną zgonów i obrażeń w Stanach Zjednoczonych. Całkowita liczba zgonów spowodowanych przez medycynę konwencjonalną wynosi prawie 800 000 rocznie”!
Na pierwszym miejscu wymieniono – niepożądane reakcje na leki, potem – błędy medyczne, dalej odleżyny, zakażenie, niedożywienie oraz zastosowanie niepotrzebnych procedur medycznych i zbędnych zabiegów chirurgicznych. Podawany jest szacunkowy ekonomiczny koszt tych interwencji medycznych. A każda omawiana kategoria poparta jest konkretnymi dowodami. W związku z tym, że zgłaszanych jest dobrowolnie tylko 5-20% wszystkich faktycznie mających miejsce szkód i powikłań wywołanych przez lekarzy i innych pracowników medycznych, prawdziwy obraz stanu medycyny akademickiej budziłby jeszcze większy szok.
„Janet Heinrich, zastępca dyrektora w Biurze Rachunkowości Generalnej Stanów Zjednoczonych (GAO) odpowiedzialna za finansowanie opieki zdrowotnej i kwestie zdrowia publicznego, zeznawała przed podkomisją Izby Reprezentantów ds. błędów medycznych, że pełna skala zagrożenia dla społeczeństwa amerykańskiego jest nieznana, a zebranie rzetelnych i przydatnych informacji o zdarzeniach niepożądanych jest niezwykle trudne. Przyznała, że strach przed obwinianiem i potencjalna odpowiedzialność prawna odegrały kluczową rolę w zaniżaniu liczby błędów. (…) Niepowodzenie leczenia najczęściej przypisuje się chorobie, a nie lekowi czy lekarzowi. (…) Nie ma kodów w rejestrze ICD – Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób dla skutków ubocznych leków i powikłań po działaniu chirurgicznym i medycznym, więc raportowane dane giną w ogólnych statystykach chorób (…) Agencje regulacyjne kłamią, że witaminy i suplementy diety oraz bioidentyczne hormony są niebezpieczne, jednocześnie ignorując opublikowane statystyki pokazujące, że prawdziwym zagrożeniem są leki zatwierdzone przez rząd”.
„Biuro Oceny Technologii (OTA) było prawdopodobnie ostatnią uczciwą agencją rządu USA, która krytycznie oceniała stan krajowego systemu opieki zdrowotnej. Celem OTA było dostarczanie Kongresowi obiektywnej i rzetelnej analizy złożonych kwestii naukowych i technicznych”. Raport z 1978 roku – „Tylko 10–20% wszystkich procedur stosowanych w praktyce medycznej wykazało swoją skuteczność w kontrolowanych badaniach”. W 1995 roku OTA stwierdziła: 'Nie ma mechanizmów ograniczających rozpowszechnianie technologii, bez względu na ich wartość kliniczną”. Niedługo po opublikowaniu tego raportu, który ujawnił, „w jaki sposób utrwalone interesy finansowe manipulują praktyką opieki zdrowotnej w Stanach Zjednoczonych”, Kongres rozwiązał OTA [WIĘCEJ – źr: pubmedinfo.org]
Fakty dla rodziców. Szczepionki w USA zostały oznaczone jako: „w sposób nieunikniony niebezpieczne”, czyli podanie szczepionki dziecku wiąże się zawsze z nieodłącznym, niemożliwym do uniknięcia ryzykiem. Ten termin – „unavoidably unsafe” pozwala producentom uniknąć odpowiedzialności za szkody poszczepienne. A, co paradoksalne, producenci szczepionek są „odgórnie proceduralnie zwolnieni z przeprowadzenia badań farmakokinetycznych przed zatwierdzeniem szczepionki”. Są to badania, które mają za zadanie ustalić czy dany produkt leczniczy może mieć negatywny wpływ na procesy metaboliczne, na układ immunologiczny, wchłanianie i inne reakcje, które zachodzą po podaniu preparatu [WIĘCEJ – źr: pubmedinfo.org]
„Bezpieczeństwo kalendarza szczepień dla dzieci ustalanego przez CDC (w Polsce też) nie zostało nigdy potwierdzone w badaniach klinicznych. Szczepienia są podawane milionom dzieci każdego roku, chociaż organy służby zdrowia nie posiadają naukowych danych z badań nad synergistyczną toksycznością wszystkich kombinacji szczepień, które otrzymują niemowlęta.” Nigdy też nie porównano, w większych badaniach, stanu zdrowia dzieci, które otrzymały wszystkie szczepionki z kalendarza szczepień, ze stanem zdrowia dzieci z grupy kontrolnej – dzieci niezaszczepionych [WIĘCEJ – źr: pubmedinfo.org]
[ZOBACZ – źr: Jesse Chappus, YouTube] Thomas N. Seyfried – prof. biologii w Boston College, doktorat z genetyki i biochemii – przedstawia udokumentowaną alternatywną strategię leczenie raka – dr T. Seyfried pyta: „Gdzie są kliniki, które powinny robić badania kliniczne nad wdrożeniem terapii metabolicznej – po prostu lecząc chorych na raka?! Standardowe terapie onkologiczne są toksyczne, zatruwają ciało i uniemożliwiają organizmowi zwalczanie raka. Rak nie jest chorobą genetyczną! Rak to mitochondrialna choroba metaboliczna.” Dr T. Seyfried bardzo dokładnie i w przystępny sposób analizuje i wyjaśnia, czym jest rak, czym żywią się komórki nowotworowe: glukozą i glutationem – i nie ma innych komórek rakowych, które czerpią energię z innego paliwa.
Dr T. Seyfried przejrzyście wykazuje, jak można odwrócić negatywne procesy, do których doszło przez lata w organizmie i zastanawia się, jak doprowadzić do wyleczenia jak największej liczby chorujących na raka. Naukowiec z pasją zapowiada, że wraz ze swoim zespołem badawczym, dopracowuje przejrzystą strategię leczenia raka. Jedną strategię, która zadziała na każdy rodzaj raka. Oczekiwany przez wszystkich ludzi „powrót do raju” jest możliwy! Ale każdy człowiek musi sam podjąć decyzję – czy chce zdobyć wiedzę i potem coś zmienić w swoich nawykach i przyzwyczajeniach, które doprowadziły go do stanu, że jest „wyrzucony z raju”.
[ZOBACZ – źr: The Diary Of A CEO, TouTube] Nowa rozmowa z prof. Thomasem Seyfriedem na temat raka, z 2026 roku (3 lata później). Nietoksyczna strategia leczenia wszystkich rodzajów raka.
Przeglądanie różnych materiałów związanych z tematami dotyczącymi zdrowia, uświadomiło mi ogrom zróżnicowania treści, tak łatwo się zagubić w ich obfitości. Poza tym – większość artykułów, wykładów, filmów koncentruje się na jednym temacie, jednym zaburzeniu lub jednym produkcie czy witaminie. Tu widzę szczególne znaczenie obu książek Jacka Safuty „Mit chorób nieuleczalnych i wielki biznes” oraz „Mit chorób nieuleczalnych. Powrót do raju utraconego”. W tych książkach zawarte są wszystkie podstawowe pro zdrowotne informacje, które zostały udokumentowane naukowo i zweryfikowane przez Autora. Zebrane są w jednym miejscu, uporządkowane, łatwe do odszukania, precyzyjne i wzajemnie uzupełniające się – tworzą stabilne rusztowanie dla wiedzy o człowieku.
Uwaga! Przepraszam, jest błąd w tekście!
w zdaniu: „Dr T. Seyfried bardzo dokładnie i w przystępny sposób analizuje i wyjaśnia, czym jest rak, czym żywią się komórki nowotworowe: glukozą i (powinno być!) GLUTAMINĄ – i nie ma innych komórek rakowych, które czerpią energię z innego paliwa”.
Pani Heleno,
przeczytałem „Powrót do Raju?” razem z podlinkowanymi materiałami. Tym razem największym problemem nie jest nawet brak źródeł. Problem polega na tym, że **kilka źródeł po przeczytaniu w całości mówi coś znacznie bardziej złożonego niż felieton — a czasem wręcz podważa wyprowadzony z niego wniosek**.
Zacznijmy od tytułowego „raju” łowców-zbieraczy.
Pisze Pani, że układ pokarmowy i metabolizm współczesnego człowieka są „identyczne” z metabolizmem archaicznego łowcy-zbieracza, a sposób żywienia dawnych ludzi stanowi mocną przesłankę za dietą ketogeniczną.
Problem w tym, że **nie istniała jedna dieta łowców-zbieraczy**. W 2023 roku w „American Journal of Clinical Nutrition” przeanalizowano 15 wysokiej jakości badań obejmujących 11 współczesnych populacji łowiecko-zbierackich. Stwierdzono bardzo duże różnice w spożyciu produktów roślinnych i zwierzęcych oraz w proporcjach białka, tłuszczu i węglowodanów. Autorzy napisali wprost, że dane etnograficzne nie potwierdzają jednej uniwersalnej „diety przodków” o określonych proporcjach makroskładników. Niektóre grupy jadły głównie produkty zwierzęce, inne miały dietę wysokowęglowodanową i w dużej mierze roślinną.
To dość poważny problem dla argumentu: „tak jedli nasi przodkowie, więc tak powinien jeść człowiek”.
Równie kategoryczne jest zdanie, że choroby cywilizacyjne pojawiły się dopiero w neolicie. Badanie HORUS opublikowane w „The Lancet” wykazało zmiany miażdżycowe w mumiach czterech dawnych populacji. Co szczególnie istotne, występowały one także u **łowców-zbieraczy Unangan z Aleutów**. Nie dowodzi to oczywiście, że miażdżyca była wtedy równie częsta jak dzisiaj. Wystarcza jednak, aby obalić twierdzenie, że pojawiła się dopiero wraz z rolnictwem.
Tak samo nie sposób utrzymać tezy o „identycznym metabolizmie” człowieka przez dziesiątki tysięcy lat. Jednym z najbardziej znanych przykładów niedawnej ewolucji człowieka jest właśnie **zdolność dorosłych do trawienia laktozy**. „Nature” opisuje utrzymywanie aktywności laktazy jako jeden z najsilniej selekcjonowanych pojedynczych wariantów genetycznych, jakie rozwinęły się u części populacji w ciągu ostatnich około 10 tysięcy lat.
A skoro jesteśmy przy mleku, dochodzimy do szczególnie interesującego przykładu.
Powołuje się Pani na artykuł „National Geographic”, przedstawiając mechanizm, według którego wapń z mleka ma zostać szybko usunięty z organizmu, a konsekwencją ma być osteoporoza i próchnica.
Tylko że **ten sam artykuł dosłownie chwilę później przedstawia badania prowadzące do przeciwnego wniosku** — według nich osoby pijące mleko miały mniej złamań, a autor tekstu omawia wapń i fosfor jako dobrze przyswajalne składniki mleka.
Czyli źródło nie mówi: „mleko powoduje osteoporozę”.
Źródło przedstawia **spór i sprzeczne wyniki**, z których felieton wybiera tylko jedną stronę.
To jest zasadnicza różnica.
Nie twierdzę przy tym, że każdy człowiek powinien pić mleko. Istnieje nietolerancja laktozy, istnieją alergie, istnieją też uzasadnione powody indywidualnego ograniczania nabiału. Ale to zupełnie co innego niż ogłaszanie mechanizmu „pijesz mleko → tracisz wapń → osteoporoza” jako ustalonego faktu.
Podobny problem pojawia się w historii Rockefellerów.
Podlinkowany przez Panią serwis **PubMedInfo.org nie jest PubMedem** amerykańskiej National Library of Medicine. Sam materiał jest opublikowany przez użytkownika podpisanego „admin”, a treść stanowi zapis programu Ty Bollingera „The Truth About Cancer”. To nie jest publikacja historyczna indeksowana w PubMed.
Można oczywiście dyskutować o ogromnym wpływie fortun Rockefellera i Carnegiego na amerykańską edukację medyczną, uczelnie i instytucje. To interesujący i realny temat.
Ale z tego nie wynika, że Rockefeller „stworzył przemysł farmaceutyczny”. Przemysłowe wytwarzanie leków rozwijało się już w XIX wieku, dziesiątki lat przed opisywanymi wydarzeniami.
Chciałbym natomiast wyraźnie przyznać Pani rację w jednym punkcie: **finansowanie badań przez przemysł farmaceutyczny rzeczywiście może prowadzić do konfliktu interesów**.
Przegląd Cochrane obejmujący 75 publikacji wykazał, że badania leków i urządzeń finansowane przez producentów częściej dawały wyniki skuteczności oraz końcowe wnioski korzystne dla produktu sponsora. To realny problem i nie ma sensu go pudrować.
Ale właściwym wnioskiem jest: **kontrolujmy konflikty interesów, rejestrujmy badania, analizujmy metodologię i wymagajmy niezależnego potwierdzenia**.
Nie: skoro badania bywają nierzetelne, możemy obniżyć standard dowodu dla poglądu, który bardziej nam odpowiada.
Bardzo dobrym przykładem problemu ze źródłami jest też przywołany raport „Death by Medicine”, z którego bierze się spektakularna liczba prawie **784 tysięcy zgonów rocznie spowodowanych przez medycynę**.
Nie kwestionuję, że błędy medyczne, działania niepożądane leków, zakażenia szpitalne czy zbędne procedury zabijają ludzi. To realne problemy.
Ale owe 783 936 nie jest liczbą ludzi policzonych w jednym badaniu populacyjnym. To **suma różnych szacunków pochodzących z różnych źródeł i okresów**.
Jeszcze bardziej pouczający jest element dotyczący „7,5 miliona niepotrzebnych operacji”. Autorzy raportu sami opisują metodę obliczenia: wzięli wartość **17,6% pochodzącą z danych z 1974 roku**, a następnie zastosowali ją do liczby procedur wykonywanych w USA w roku 2001. Tak właśnie uzyskali 7 489 718 szacowanych „niepotrzebnych zabiegów” oraz 37 136 przypisywanych im zgonów.
Można uważać taką ekstrapolację za interesujący sygnał alarmowy.
Nie można jednak przedstawiać jej tak, jakby w 2001 roku ktoś rzeczywiście zbadał 7,5 miliona konkretnych operacji i stwierdził, że każda była zbędna.
To dokładnie ten rodzaj różnicy, którego w publicystyce medycznej trzeba pilnować.
Przejdźmy do szczepionek.
Tutaj również warto być precyzyjnym. Szczepionka jest produktem biologicznym i nie zawsze przechodzi dokładnie taki sam zestaw klasycznych badań farmakokinetycznych jak małocząsteczkowy lek w tabletce.
Ale z tego **nie wynika, że szczepionki są zwolnione z przedklinicznych badań bezpieczeństwa i toksyczności**.
WHO stwierdza wprost, że przedkliniczna ocena szczepionek obejmuje charakterystykę produktu, immunogenność oraz badania bezpieczeństwa na zwierzętach, w tym badania toksyczności prowadzone przed rozpoczęciem badań klinicznych u ludzi.
EMA natomiast odsyła obecnie w tej kwestii właśnie do wytycznych WHO dotyczących nieklinicznej oceny szczepionek.
Czy istnieje jedno gigantyczne randomizowane badanie, w którym dzieci otrzymujące **cały** kalendarz szczepień porównano przez wiele lat z dziećmi celowo nieotrzymującymi żadnych szczepień? Nie.
Ale nie jest prawdą, że bezpieczeństwa kalendarza „nigdy nie badano”. National Academies przeprowadziły kompleksowy przegląd amerykańskiego programu szczepień dziecięcych i nie znalazły dowodów na duże problemy bezpieczeństwa wynikające z przestrzegania kalendarza; równocześnie zaleciły dalszy monitoring i dalsze badania.
To jest właśnie język nauki: **nie „absolutnie bezpieczne”, nie „niebezpieczne z definicji”, tylko ocena danych, ograniczeń i dalszego nadzoru**.
Na koniec profesor Thomas Seyfried.
To rzeczywisty naukowiec, a metaboliczne badania nowotworów są poważnym obszarem współczesnej biologii raka. Nie mam potrzeby ich ośmieszać.
Ale w felietonie pojawia się konkretny błąd.
Pisze Pani, że według Seyfrieda komórki nowotworowe wykorzystują **„glukozę i glutation”**.
Seyfried mówi o **glukozie i glutaminie**.
Glutamina jest aminokwasem. Glutation jest tripeptydem pełniącym między innymi funkcję antyoksydacyjną. W pracach samego Seyfrieda dotyczących metabolicznego modelu raka mowa jest konsekwentnie o zależności od **glucose and glutamine**.
To nie jest szczegół bez znaczenia, skoro cały argument dotyczy metabolizmu nowotworu.
Jeszcze poważniejsze jest zdanie, że nie ma komórek nowotworowych zdolnych korzystać z innego paliwa.
W 2025 roku w „Nature Metabolism” opisano mechanizm, dzięki któremu w części nowotworów **beta-hydroksymaślan — ciało ketonowe — może być metabolizowany przez komórki nowotworowe jako alternatywne paliwo**. To wynik przedkliniczny, a więc nie dowodzi, że dieta ketogeniczna jest nieskuteczna u pacjentów. Jest jednak wystarczający, aby obalić absolutne twierdzenie, że komórka rakowa z ketonów korzystać nie może.
I właśnie tu chyba najlepiej widać problem całego felietonu.
Safuta i Seyfried wychodzą od **rzeczywistych zjawisk biologicznych**: metabolizmu glukozy, glutaminy, mitochondriów, ketozy, insuliny.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy hipoteza mechanistyczna zostaje przedstawiona jako rozstrzygnięty klinicznie sposób leczenia wszystkich nowotworów.
Nowotwory nie są metabolicznie identyczne. Właśnie dlatego prowadzi się badania, zamiast kończyć dyskusję na atrakcyjnym schemacie biochemicznym.
I dlatego trudno mi zgodzić się z końcowym zapewnieniem, że książki **„Mit chorób nieuleczalnych i wielki biznes”** oraz **„Mit chorób nieuleczalnych. Powrót do raju utraconego”** zawierają informacje „udokumentowane naukowo i zweryfikowane przez Autora”, tworzące stabilne rusztowanie wiedzy.
Sam ten felieton pokazuje, że **posiadanie przypisów nie jest tym samym co prawidłowe wykorzystanie przypisów**.
Można podać badanie o łowcach-zbieraczach, a nie zauważyć, że ich diety były niezwykle różnorodne.
Można podać artykuł „National Geographic” przeciwko mleku, pomijając, że kilka zdań dalej przedstawia on dane przeciwne.
Można przedstawić ekstrapolację statystyczną jako twardą liczbę faktycznych zdarzeń.
Można napisać, że szczepionki nie są odpowiednio badane, mimo że WHO szczegółowo opisuje ich przedkliniczną ocenę toksyczności.
Można wreszcie powołać się na profesora Seyfrieda, jednocześnie myląc **glutaminę z glutationem**.
To nie jest problem zbyt małej liczby linków.
To jest problem **czytania źródeł w taki sposób, aby przede wszystkim potwierdzały wcześniej przyjętą historię**.
Przypis naukowy nie jest certyfikatem prawdziwości zdania stojącego przed nim.
Trzeba jeszcze sprawdzić, **co rzeczywiście zbadano, jaki był wynik i jak daleko wolno go interpretować**.
I po przeczytaniu „Powrotu do Raju?” pozostaję przy tej samej zasadzie co wcześniej:
prawda rzeczywiście nie powinna bać się weryfikacji.
Czasem wystarczy zacząć tę weryfikację od dokładnego przeczytania źródeł, które sami podaliśmy.
Witam!
To oczywiste, że nie było jednej, identycznej diety łowców-zbieraczy, jeśli żyli w tak różnych środowiskach. Jedli to, do czego mieli dostęp. W zimnych rejonach zwierzęta mają większą ilość tłuszczu (szczególnie morskie), a rośliny są tylko sezonowo i bez obfitości. W ciepłych – też się bardziej tłuste zdarzają.
P. Klaudiusz napisał: „przeanalizowano 15 wysokiej jakości badań obejmujących 11 WSPÓŁCZESNYCH (moje podkreślenie) populacji łowiecko-zbierackich”. Owszem, także współcześni Hadza, którzy jedzą zbyt dużo miodu, mają próchnicę zębów i miażdżycę pewnie też.
Miażdżyca jest nierozłącznie związana z konsumpcją cukrów!
Mumie, które badano, to z jakiego okresu pochodzą? Znalazłam, że – liczą ponad 4000 lat, czyli raczej – neolit proszę Pana. „Wykonaliśmy tomografię komputerową całego ciała 137 mumii z czterech różnych regionów geograficznych lub populacji liczących ponad 4000 lat”. Jedli i zboża, i produkty mleczne. A mumifikowano raczej bogatych, którzy sobie dogadzali.
„Szacuje się, że co piąta osoba w Europie i niemal każdy dorosły Azjata mają zaburzoną zdolność trawienia laktozy”. https://www.euroimmun.pl/nietolerancja-laktozy-mamy-to-w-genach/
To cukier mleczny, a KAZEINA? co z narkotycznymi peptydami KAZOMORFINAMI, które rozszczelniają jelito, dostają się do krwi i przez stany zapalne w naczyniach mózgowych przekraczają barierę krew-mózg?
Co ze zwierzęcymi hormonami płciowymi w mleku i dzisiaj dodatkowo z całą trującą chemią z paszy, leków i dezynfekcji dojarek?
Finansowanie badań przez przemysł farmaceutyczny ZWYKLE PROWADZI do konfliktu interesów!
„Czy istnieje jedno gigantyczne randomizowane badanie, w którym dzieci otrzymujące **cały** kalendarz szczepień porównano przez wiele lat z dziećmi celowo nieotrzymującymi żadnych szczepień? NIE.
A dlaczego NIKT tak istotnego badania jeszcze NIE zrobił? Może dlatego, że takie mniejsze, obserwacyjne, wielu pediatrom uświadomiły, jak szczepienia działają na zdrowie dzieci? Że te w pełni zaszczepione częściej: chorują, są hospitalizowane i niestety, więcej jest zgonów w tej grupie dzieci!
„myląc **glutaminę z glutationem**”, tak POMYLIŁAM się, ale kiedy przeczytałam zamieszczony tekst, zaraz zauważyłam i przeprosiłam!
Wie Pan co myślę, że Pan się czepia różnych drobiazgów, pomyłek, ale nie dotyka istoty problemu!
Pana komentarze bardzo przypominają te, którymi nas raczył p. Anty-… – dużo gadania i moralizowania, a treści istotnych – jakby mniej. Tak mi się skojarzyło, że pełni Pan rolę „dobrego policjanta”, kiedy p. Anty-… z dużym zaangażowaniem starał się być „złym policjantem”.
Dużo czasu przeznaczam na czytanie artykułów, badań, ale nie robię tego z zawodowego obowiązku.
A Pan? Czy tylko realizuje swoją pasję? Czy może jest inaczej?
Jeszcze ważna, dość nowa informacja dla rodziców.
UWAGA! Już od 1 stycznia 2027 roku w Polsce szczepienia przeciw HPV staną się obowiązkowe dla dzieci i nastolatków (CHŁOPCÓW I DZIEWCZYNEK) w wieku od 9 do 15 lat – to szczepienie wejdzie do kalendarza szczepień obowiązkowych dzieci.
Rodzice, czy naprawdę chcecie, żeby Polska była jednym z nielicznych krajów na świecie, w których taki obowiązek istnieje? Czy może jednak jesteście za dobrowolnością szczepień? Czy to dzieje się w wyniku nacisku WHO (reprezentującej prywatne grupy interesów) na rządzących Polską?
„HPV- wirus brodawczaka ludzkiego przenoszony jest przede wszystkim drogą płciową, a nowotwory HPV-zależne są stosunkowo rzadkie w populacji” (dr Piotr Witczak – biolog med., immunolog). Większość infekcji wirusami nie rozwija żadnych objawów chorobowych. Są wykrywane i zwalczane przez sprawny układ immunologiczny – odpornościowy.
Uczmy się raczej na cudzych błędach, jeśli to możliwe.
Warty obejrzenia duński dokument z 2015 roku – „Zaszczepione dziewczęta”, o powikłaniach po szczepionce Gardasil przeciw HPV. https://www.cda.pl/video/2154672959
Jak poszkodowane dziewczęta i ich rodziny zostały potraktowane przez władze medyczne (od 30 min. filmu).
A teraz coś dla p. Klaudiusza, który dostrzega negatywne skutki, jakie niesie „konflikt interesów”.
Osoby, które tworzą oficjalne wytyczne dotyczące szczepień przeciw HPV, „są w większości finansowane przez producentów szczepionek przeciw HPV”, a „aktualna wiedza medyczna jest tworzona przez przedstawicieli finansowanych przez ten przemysł”. Jeszcze na koniec – firma Merck, znana w Polsce jako MSD, zapłaciła zgłaszającym NOP-y 50 mln dolarów za odstąpienie od procesów. I nadal twierdzi, że szczepionki „są bezpieczne”!?? („Nasz Dziennik”, 14-16 sierpnia 2026 r. – „Przymus szczepień” Zofia Sońta).
Może Pan przeanalizuje fachowo ten problem?
Pani Heleno,
dziękuję za odpowiedź. Zacznę od rzeczy prostych: skoro przyznaje Pani, że nie istniała jedna dieta łowców-zbieraczy, to w tej kwestii właściwie się zgadzamy. Podobnie z glutaminą i glutationem — zauważyła Pani pomyłkę i ją sprostowała, więc nie ma sensu tego dalej wałkować.
Natomiast kilka pozostałych kwestii zdecydowanie nie jest „czepianiem się drobiazgów”.
Pisze Pani, że **miażdżyca jest nierozłącznie związana z konsumpcją cukrów**. To zbyt kategoryczne. Nadmiar cukrów może zwiększać ryzyko metaboliczne, ale jednym z najlepiej udokumentowanych czynników przyczynowych miażdżycy jest długotrwała ekspozycja na lipoproteiny apoB, przede wszystkim LDL.
Co do mumii i Hadza: „spanning more than 4000 years” oznacza okres obejmujący ponad 4000 lat, a nie że wszystkie mumie miały ponad 4000 lat. Wśród badanych byli także łowcy-zbieracze Unangan z Aleutów, u których stwierdzono zmiany miażdżycowe, więc argument „to neolit, jedli zboża i mleko” nie wyjaśnia całego wyniku. Z kolei zdanie, że Hadza „miażdżycę pewnie też mają”, jest już czystym przypuszczeniem. **„Pewnie” nie jest wynikiem badania.**
W sprawie laktozy również nie podałem laktazy jako dowodu, że każdy powinien pić mleko. Podałem ją jako kontrprzykład wobec tezy, że metabolizm współczesnego człowieka jest „identyczny” z metabolizmem człowieka sprzed tysięcy lat. Nie jest. Utrzymywanie aktywności laktazy u dorosłych jest klasycznym przykładem niedawnej adaptacji genetycznej człowieka.
Kazomorfiny rzeczywiście istnieją. Podczas trawienia kazeiny mogą powstawać peptydy o aktywności opioidowej. Kwestionuję natomiast przedstawienie jako ustalonego faktu całego łańcucha:
**kazeina → kazomorfiny → „rozszczelnienie jelita” → krew → stan zapalny naczyń mózgowych → przekroczenie bariery krew–mózg → choroba.**
EFSA przeanalizowała właśnie ten problem i nie ustaliła związku przyczynowego między doustnym spożyciem beta-kazomorfin a przypisywanymi im chorobami przewlekłymi.
Podobnie z hormonami i „trującą chemią” w mleku. Tak, w mleku występują naturalne hormony steroidowe. Tak, możliwe są pozostałości leków weterynaryjnych czy innych substancji i dlatego są one monitorowane.
Ale pytanie toksykologiczne nie brzmi: „czy coś da się wykryć?”, lecz **w jakiej dawce występuje i czy w tej dawce szkodzi**. Określenie „cała trująca chemia” nie jest kategorią naukową.
W sprawie finansowania badań przez przemysł właściwie się zgadzamy. Sponsorowanie przez producenta zwiększa ryzyko korzystnych dla sponsora wyników i wniosków. To realny konflikt interesów. Ale konflikt interesów nie jest automatycznie dowodem fałszerstwa. Jest powodem, żeby badanie czytać uważniej i szukać niezależnego potwierdzenia.
Dokładnie taki sam standard proponuję dla prac przywoływanych przez Jacka Safutę.
Najważniejszy nowy wątek to jednak szczepienia.
Napisała Pani, że dzieci w pełni zaszczepione **częściej chorują, są hospitalizowane i częściej umierają**.
To jest bardzo konkretne twierdzenie.
Dlatego proszę o bardzo konkretne źródło, zwłaszcza dla ostatniej części — większej śmiertelności wśród dzieci w pełni zaszczepionych.
Duże dane obserwacyjne, które znam, takiego obrazu nie pokazują.
Duńskie badanie rejestrowe objęło ponad **1,1 miliona dzieci urodzonych w Danii w latach 1999–2016**, czyli kolejne roczniki z osiemnastu lat, a nie 1,1 miliona dzieci obserwowanych jednocześnie. Analizowano w nim zależności między statusem szczepień, hospitalizacjami i zgonami. Nie wykazano obrazu, w którym pełne szczepienie wiązałoby się z większą śmiertelnością.
W innym dużym duńskim badaniu obejmującym ponad 800 tysięcy dzieci nie stwierdzono ogólnego wzrostu hospitalizacji z powodu zakażeń u dzieci zaszczepionych.
Jeżeli ma Pani publikację pokazującą, że **w pełni zaszczepione dzieci mają większą śmiertelność niż nieszczepione**, proszę ją podać.
Nie film, nie komentarz, nie wpis blogowy.
Tytuł pracy, autorzy, czasopismo.
Przeczytam.
Co do pytania, dlaczego nie wykonano jednego gigantycznego wieloletniego RCT całego kalendarza versus całkowity brak szczepień — odpowiedź jest dość oczywista: kiedy istnieje skuteczna profilaktyka poważnych chorób zakaźnych, celowe losowe pozostawienie części dzieci bez niej przez wiele lat rodzi poważny problem etyczny. Dlatego bezpieczeństwo całego programu bada się również na ogromnych bazach rejestrowych i w systemach nadzoru.
Na koniec sprawa „dobrego policjanta”.
Nie odpowiadam za styl, poglądy ani intencje innego komentującego. Odpowiadam wyłącznie za to, co sam tutaj piszę.
Pyta Pani, dlaczego poświęcam temu czas i czy „jest inaczej”.
Moje motywy nie zmienią ani jednego wyniku badania, statystyki hospitalizacji czy stężenia LDL. I właśnie dlatego **nie proszę Pani, aby wierzyła mi na podstawie mojego zawodu, nazwiska czy deklarowanych intencji**.
Studiuję te zagadnienia po to, żeby móc wypowiadać się na podstawie danych i faktów, a nie na podstawie cudzych przekonań, atrakcyjnych opowieści czy mitów, które ktoś podał mi wcześniej w gotowej formie.
Jeżeli wskaże Pani mój błąd — poprawię go. Tak jak przyjąłem Pani sprostowanie glutaminy.
Ale jeżeli odpowiedzią na dane zaczyna być pytanie, **kim jest rozmówca i po co w ogóle je sprawdza**, to przestajemy rozmawiać o nauce, a zaczynamy o podejrzeniach wobec człowieka.
A przecież Pani sama apeluje o weryfikowanie informacji.
Ja tylko ten apel traktuję dosłownie.
Nie sprawdzajmy najpierw, kto mówi. Sprawdźmy, czy to, co mówi, jest prawdą.
Szanowny Panie!
Nawet Pan NIE DOTKNĄŁ tematu zaplanowanego w Polsce przez rząd PRZYMUSU SZCZEPIEŃ przeciw HPV!
Moim zdaniem, takie sformułowanie, nic nie mówi o pierwotnej przyczynie: „długotrwała ekspozycja na lipoproteiny apoB, przede wszystkim LDL”. Chyba nie wystarczy użyć bardziej skomplikowanych terminów zawiązanych z przemianami metabolicznymi, żeby wykazać PRZYCZYNY powstawania zmian miażdżycowych, kiedy rzeczywistość jest naprawdę dużo prostsza! Właśnie kategoryczne stwierdzenie, że „miażdżyca jest nierozłącznie związana z konsumpcją cukrów”, jest tak łatwe do samodzielnej, codziennej weryfikacji w życiu każdego człowieka, który „ryzykuje” w tym „badaniu obserwacyjnym” tym, że poprawi stan swojego zdrowia!
„Skuteczna profilaktyka poważnych chorób zakaźnych” – To NIE SZCZEPIENIA! Ale, ZDROWY STYL ŻYCIA na co dzień – radykalne unikanie toksycznej wysoko przetworzonej żywności i kolorowych, smakowych napojów, unikanie trucizn zawartych w pięknie opakowanej i pachnącej chemii gospodarczej, ruch na powietrzu i wystarczająca dawka snu.
ZDROWY STYL ŻYCIA buduje i utrzymuje w sprawności – UKŁAD ODPORNOŚCIOWY, a TO JEST PRAWDZIWA i SKUTECZNA PROFILAKTYKA CHORÓB ZAKAŹNYCH!
A przy powszechnym już w Polsce dostępie do (w miarę) zdrowej wody i kanalizacji (co właśnie historycznie przyczyniło się do zwalczenia chorób zakaźnych), dzieci i dorośli mają szanse na życie bez chorób!
Pana stwierdzenie, że „celowe losowe pozostawienie części dzieci bez niej (bez szczepień – moje wyjaśnienie) przez wiele lat rodzi poważny problem etyczny” – jest typowym unikiem! Jest wystarczająco dużo dzieci niezaszczepionych, które mogłyby stanowić „grupę kontrolną”, gdyby ktoś uczciwie i rzetelnie chciał porównać obie grupy. Ale niestety, trudno byłoby stworzyć grupę kontrolną w obecnych realiach prawnych – zapowiadania kar dla rodziców niezaszczepionych dzieci!
Warty obejrzenia duński dokument z 2015 roku – „Zaszczepione dziewczęta”, o powikłaniach po szczepionce Gardasil przeciw HPV. https://www.cda.pl/video/2154672959 pokazuje, jak poszkodowane dziewczęta i ich rodziny zostały potraktowane przez władze medyczne (od 30 min. filmu). Wypowiedzi pełnomocników prawnych pokrzywdzonych duńskich dziewcząt, obrazują najlepiej stosunek rządu Danii do „spraw szczepionkowych”. Dlatego, niestety prawie wszystkie badania, wykonywane przez „czynniki oficjalne” w różnych krajach są najczęściej niewiarygodne i tendencyjne!
Dziś już, dzięki Internetowi, jest dostęp do prawdziwych informacji. Oficjalnie wiadomo, że WHO to przestępcza organizacja (bez mandatu społecznego), utrzymywana przez prywatne fundacje realizujące swoje, przede wszystkim finansowe interesy w totalitarnym stylu! Terror zdrowotny, wprowadzany przez rządy krajowe w czasie osławionej „medialnej pandemii” jest najlepszą ilustracją tego, jak władza „dba” o zdrowie zwykłych ludzi.
Moim celem jest upowszechniać ukrywane treści i zachęcać do samodzielnego szukania prawdziwych informacji, dotyczących zdrowia i normalnego funkcjonowania na co dzień. Robię to w czasie wolnym od obowiązków różnego rodzaju.
A przecież istnieją rzesze „funkcjonariuszy zdrowia publicznego”, opłacanych z podatków, odpowiedzialnych za dobre działanie służby zdrowia! Są urzędnicy nadzorujący, ale NIE WIDAĆ efektów ich pracy!
Dziś, bez przeprowadzania jakichkolwiek badań naukowych, chyba każdy człowiek ma świadomość, że coraz więcej ludzi choruje przewlekle, coraz powszechniej stosowane są chemiczne farmaceutyki, coraz więcej różnych powikłań medycznych, trudniejszy dostęp do lekarzy, czyli cały „system zdrowia” po prostu – NIE DZIAŁA!
Nie widzę sensu dalszej dyskusji z Panem, bo akurat Pan, tak uważam, ma dostęp do prawdziwej wiedzy, a jak Pan z niej korzysta, to już sprawa pańskiego sumienia.
Pani Heleno,
ma Pani rację w jednym: nie odpowiedziałem poprzednio szerzej na wątek dotyczący planowanego objęcia szczepień przeciw HPV obowiązkiem.
Na dziś szczepienie przeciw HPV pozostaje w Polsce szczepieniem zalecanym. Resort zdrowia zapowiedział jednak objęcie go obowiązkiem od 2027 roku i prowadzone są prace nad odpowiednią zmianą przepisów.
Czy taki obowiązek powinien zostać wprowadzony, jest osobnym pytaniem prawnym, etycznym i politycznym. Celowo nie zamierzam tego sporu politycznego tutaj rozstrzygać.
Mogę natomiast sprawdzić twierdzenia medyczne, którymi uzasadnia Pani swój sprzeciw.
I tutaj zaczynają się problemy.
Pisze Pani:
**„Skuteczna profilaktyka poważnych chorób zakaźnych – to NIE SZCZEPIENIA! Ale ZDROWY STYL ŻYCIA”.**
Zdrowy styl życia jest bardzo ważny. Sen, aktywność fizyczna, prawidłowe żywienie i unikanie używek mają wpływ na zdrowie i prawidłowe funkcjonowanie układu odpornościowego.
Ale nie wytwarzają swoistej odporności przeciw konkretnemu patogenowi.
Dobrym przykładem jest odra.
W 2007 roku Sandra W. Roush, Trudy V. Murphy i współpracownicy opublikowali w **„JAMA”** pracę „Historical Comparisons of Morbidity and Mortality for Vaccine-Preventable Diseases in the United States”.
Porównali historyczne dane z okresu poprzedzającego powszechne szczepienia z danymi po ich wprowadzeniu.
Dla odry średnia liczba zgłaszanych przypadków w latach 1953–1962 wynosiła **530 217 rocznie**. W 2006 roku zgłoszono ich 55.
Oznaczało to spadek o **99,9%**.
Oczywiście jest to porównanie historyczne, a nie randomizowany eksperyment, i samo w sobie nie pozwala oddzielić wpływu wszystkich zmian zachodzących w społeczeństwie na przestrzeni kilkudziesięciu lat.
Dlatego warto spojrzeć również na przebieg zmian po wprowadzeniu samej szczepionki.
CDC w swoim podręczniku **„Pink Book”** podaje, że przed wprowadzeniem szczepień rzeczywistą liczbę zachorowań na odrę w USA szacowano na **3–4 miliony rocznie**, natomiast po wprowadzeniu szczepionki w 1963 roku zapadalność spadła w ciągu kilku lat o ponad **95%**.
Na osobnej stronie CDC poświęconej historii odry podano także, że przed erą szczepień dochodziło w Stanach Zjednoczonych średnio do około **48 tysięcy hospitalizacji i 400–500 zgonów rocznie**.
To nie jest więc slogan reklamowy producenta szczepionki.
To wieloletnie dane epidemiologiczne, opublikowane i możliwe do sprawdzenia.
Oczywiście poprawa warunków sanitarnych ogromnie ograniczyła wiele chorób zakaźnych.
Ale kanalizacja nie chroni przed każdym patogenem.
A już szczególnie trudno przywoływać kanalizację jako alternatywę dla profilaktyki **HPV, wirusa przenoszonego przede wszystkim poprzez kontakty seksualne**.
Pisze Pani również, że nowotwory HPV-zależne są stosunkowo rzadkie.
Według danych **Krajowego Rejestru Nowotworów**, publikowanych obecnie również przez Narodowy Portal Onkologiczny, w Polsce w latach 2013–2022 rozpoznawano średnio około **2,5 tysiąca przypadków raka szyjki macicy rocznie**, a około **1,5 tysiąca kobiet rocznie umierało** z jego powodu.
Narodowy Portal Onkologiczny podaje jednocześnie, że około **95% przypadków raka szyjki macicy jest związanych z zakażeniem HPV**.
Możemy dyskutować, czy nazwać to chorobą „rzadką”.
Liczby pozostają takie same.
Co ważniejsze, nie musimy już oceniać skuteczności szczepionki przeciw HPV wyłącznie poprzez liczbę infekcji czy zmian przedrakowych.
W 2020 roku Jiayao Lei i współpracownicy opublikowali w **„New England Journal of Medicine”** badanie „HPV Vaccination and the Risk of Invasive Cervical Cancer”.
Objęło ono **1 672 983 dziewczęta i kobiety w Szwecji**.
Inwazyjnego raka szyjki macicy rozpoznano u 19 kobiet zaszczepionych i 538 niezaszczepionych.
Po uwzględnieniu innych czynników szczepienie rozpoczęte przed 17. rokiem życia wiązało się z około **88% niższym ryzykiem zachorowania na raka szyjki macicy**.
To było badanie obserwacyjne, nie randomizowane — i właśnie dlatego mówię o związku obserwowanym w badaniu i o redukcji ryzyka, a nie o „absolutnym dowodzie”, który sam w sobie rozstrzyga każdą możliwą wątpliwość metodologiczną.
Pyta Pani: skoro istnieją dzieci i młodzi ludzie nieszczepieni, dlaczego nie wykorzystać ich jako grupy kontrolnej?
Ależ wykorzystuje się.
Tylko wtedy otrzymujemy **badanie obserwacyjne**, a nie randomizowane.
I właśnie dlatego trzeba uwzględniać różnice pomiędzy osobami szczepionymi i nieszczepionymi: stan zdrowia, korzystanie z opieki medycznej, sytuację socjoekonomiczną, wykształcenie rodziców, styl życia i wiele innych czynników.
To element metodologii.
Nie „unik”.
Przejdźmy do duńskiego filmu o dziewczętach, u których po szczepieniu HPV wystąpiły poważne dolegliwości.
Nie kwestionuję ich cierpienia.
Jeżeli po szczepieniu pojawia się podejrzenie poważnych działań niepożądanych, taki sygnał należy badać.
I właśnie to zrobiono.
W 2020 roku Anders Hviid i współpracownicy ze **Statens Serum Institut** opublikowali w **„British Medical Journal”** analizę wykorzystującą duńskie rejestry medyczne.
Kohorta źródłowa obejmowała **1 375 737 kobiet urodzonych w Danii**. Wśród nich zidentyfikowano przypadki zespołu przewlekłego zmęczenia, CRPS oraz POTS, a następnie przeprowadzono analizę typu *self-controlled case series*, w której porównuje się okresy po szczepieniu z innymi okresami obserwacji u tych samych osób.
Nie stwierdzono statystycznie istotnego zwiększenia częstości tych zespołów po szczepieniu HPV.
Dla łącznego punktu końcowego współczynnik ryzyka wyniósł **0,99**, z 95-procentowym przedziałem ufności od 0,74 do 1,32.
Autorzy nie twierdzą przy tym, że ich badanie „dowodzi absolutnego braku jakiegokolwiek ryzyka”. Tego rodzaju badań tak się nie interpretuje.
Wynik oznacza natomiast, że w zebranych danych nie wykazano zwiększonej częstości tych rozpoznań po szczepieniu.
Drugie duńskie badanie, autorstwa Reimara W. Thomsena i współpracowników, opublikowano również w 2020 roku, w **„American Journal of Epidemiology”**.
Obejmowało ono **314 017 zaszczepionych dziewcząt**, którym przypisano **314 017 dopasowanych porównań z grupy nieszczepionej**. Porównania te pochodziły od 177 724 unikalnych dziewcząt, ponieważ ta sama osoba mogła zostać wykorzystana jako kontrola więcej niż jeden raz.
Nie wykazano zwiększonego ryzyka kontaktów z opieką szpitalną z powodu takich objawów jak ból, zmęczenie, bóle głowy, omdlenia, tachykardia i szereg podobnych dolegliwości po szczepieniu.
Czy te badania są nieomylne?
Oczywiście, że nie.
Nie ma nieomylnych badań.
Ale właśnie tak wygląda odpowiedź nauki na sygnał bezpieczeństwa: pojawia się podejrzenie, następnie bada się duże populacje i sprawdza, czy podejrzewane zjawisko rzeczywiście występuje częściej po szczepieniu niż wynikałoby z częstości obserwowanej poza okresem ekspozycji albo w odpowiednio dobranej grupie porównawczej.
Dlatego mam problem ze zdaniem, że „prawie wszystkie badania wykonywane przez czynniki oficjalne są najczęściej niewiarygodne i tendencyjne”.
Jeżeli badanie potwierdza nasz pogląd — uznajemy je za dowód.
Jeżeli mu przeczy — uznajemy je za „oficjalne”, a więc z definicji niewiarygodne.
W ten sposób tworzymy przekonanie, którego **żadne możliwe dane nie są już w stanie obalić**.
To przestaje być sceptycyzmem naukowym.
Sceptycyzm naukowy polega właśnie na tym, że ten sam standard dowodowy stosujemy również wobec twierdzeń, z którymi sami się zgadzamy.
I na koniec wrócę do bardzo konkretnego twierdzenia z Pani poprzedniej wypowiedzi.
Napisała Pani, że dzieci w pełni zaszczepione **częściej chorują, częściej są hospitalizowane i częściej umierają**.
Poprosiłem przede wszystkim o źródło dotyczące większej śmiertelności.
Nadal go nie otrzymałem.
Dlatego chcę zastosować dokładnie taki sam standard, jaki zastosowałem powyżej do własnych argumentów.
Ja podaję:
**Roush, Murphy i wsp. – „JAMA”, 2007.**
**Lei i wsp. – „New England Journal of Medicine”, 2020.**
**Hviid i wsp. – „British Medical Journal”, 2020.**
**Thomsen i wsp. – „American Journal of Epidemiology”, 2020.**
I dokładnie o coś takiego proszę Panią.
Jeżeli istnieje badanie pokazujące, że **w pełni zaszczepione dzieci mają większą śmiertelność niż dzieci nieszczepione**, proszę podać:
**autorów, tytuł pracy, czasopismo i rok publikacji.**
Nie film.
Nie komentarz.
Nie cudze streszczenie badania.
Samą publikację.
Przeczytam ją.
Jeżeli wynik rzeczywiście jest taki, jak Pani twierdzi, nie będę miał najmniejszego problemu, żeby go przyjąć.
Ale standard dowodu powinien działać w obie strony.
Bo jeżeli wymagamy rzetelności od „oficjalnej medycyny”, tym bardziej nie powinniśmy zwalniać z niej twierdzeń, które są wobec niej krytyczne.
Witam!
Tylko hasłowo:
HPV – wirusy są głównie przenoszone drogą płciową, dlatego w Polsce zlikwidowano przedmiot – „Wychowanie do życia w rodzinie”, a zastępuje się – „Edukacją zdrowotną”, dla systemowego seksualizowania dzieci?
Wszyscy rodzice, prawdziwie zatroskani o swoje dzieci, znają program EZ, zawierający m.in. Standardy edukacji seksualnej WHO (przestępczej, finansowanej przez koncerny farmaceutyczne i in. prywatne podmioty, jak Fundacja Gatesa, Gavi) i zaprotestowali, nie posyłając na EZ dzieci. Będzie przymus!
ODRA, a także różyczka, świnka, ospa wietrzna – kiedyś zwykłe choroby dziecięce, a teraz? „Nietrenowany” naturalnymi patogenami układ odpornościowy np. atakuje swoje tkanki – wysyp alergii. A obciążony adiuwantami (aluminium) i in. toksycznymi substancjami (tiomersal, formaldehyd) „zaproszony zostaje” do walki z bardzo różnymi chorobami przewlekłymi, kiedyś bardzo rzadkimi u dzieci!
CDC – funkcjonuje w skorumpowanym systemie zdrowia w USA (i we wszystkich poszczególnych krajach jest podobnie), warto spojrzeć: https://pubmedinfo.org/2021/11/19/raport-pt-smierc-z-powodu-medycyny-dr-gary-null/
Chciałby Pan zajrzeć do wiarygodnych badań? Ja zaproponuję Panu książkę „Żółwie aż do końca. Czy warto szczepić dzieci” – Nauka i mity o szczepionkach, w oparciu o ponad 1200 publikacji naukowych i oficjalnych źródeł. Wydana przez Fundację Ordo Medicus. Oryginalny tytuł – „Turles all the way down: VaccineScience and Myth”. Jest możliwość bezpłatnego pobrania bibliografii do tej książki w wersji oryginalnej i polskiej na stronie http://www.ordomedicus.org/sklep
Pani Heleno,
dziękuję za polecenie książki „Żółwie aż do końca”.
Zgodnie z Pani sugestią zajrzałem do udostępnionej bibliografii. Od razu zaznaczę, żebyśmy później nie rozmawiali obok siebie: nie będę twierdził, że w kilka dni przeczytałem i zweryfikowałem ponad tysiąc numerowanych odwołań.
Zrobiłem coś, moim zdaniem, bardziej sensownego.
Poszukałem w tej bibliografii publikacji dotyczących konkretnych twierdzeń, które Pani postawiła w naszej rozmowie:
– że dzieci szczepione częściej chorują,
– częściej są hospitalizowane,
– częściej cierpią na alergie i choroby przewlekłe,
– że szczepionki i zawarte w nich adiuwanty glinowe przyczyniają się do tych chorób,
– oraz, przede wszystkim, że dzieci w pełni zaszczepione częściej umierają niż dzieci nieszczepione.
I wyniki tego przeglądu są dość interesujące.
Najpierw jednak dwie kwestie z Pani ostatniego komentarza.
Pisze Pani, że skoro HPV przenosi się przede wszystkim drogą płciową, to w Polsce zlikwidowano „Wychowanie do życia w rodzinie” i wprowadzono „Edukację zdrowotną” w celu „systemowego seksualizowania dzieci”, po czym dodaje Pani:
„Będzie przymus!”
Stan prawny od 1 września 2026 roku wygląda jednak trochę inaczej.
Edukacja zdrowotna rzeczywiście stała się przedmiotem obowiązkowym. Natomiast treści dotyczące zdrowia seksualnego zostały wyodrębnione do osobnego przedmiotu „edukacja zdrowotna – zdrowie seksualne”, który pozostaje nieobowiązkowy. Rodzice niepełnoletniego ucznia mogą pisemnie zrezygnować z jego udziału. Tak opisuje to samo Ministerstwo Edukacji Narodowej.
Możemy oczywiście dyskutować, czy program jest dobry, czy zły, czy zgadzamy się z jego filozofią oraz co powinno być nauczane w szkole.
Ale jeżeli „przymus” ma oznaczać przymus uczestnictwa dziecka w zajęciach dotyczących zdrowia seksualnego, to takiego przymusu obecnie nie ma.
Przejdźmy do odporności.
Napisała Pani:
„ODRA, a także różyczka, świnka, ospa wietrzna – kiedyś zwykłe choroby dziecięce (…) ‘Nietrenowany’ naturalnymi patogenami układ odpornościowy np. atakuje swoje tkanki – wysyp alergii.”
To jest konkretna hipoteza biologiczna i właśnie dlatego powinna mieć konkretne potwierdzenie w badaniach.
Problem w tym, że odra jest wyjątkowo niefortunnym przykładem „treningu” odporności.
Naturalne zakażenie wirusem odry potrafi uszkadzać istniejącą pamięć immunologiczną — zjawisko określane jako amnezja immunologiczna. Po przechorowaniu odry dziecko może utracić część wcześniej wytworzonego repertuaru przeciwciał przeciwko innym patogenom.
Czyli naturalna odra niekoniecznie „trenuje” układ odpornościowy. Może również usuwać część efektów wcześniejszego treningu.
Ale jeszcze ciekawsza jest Pani hipoteza dotycząca alergii.
Bo tutaj mamy badania znajdujące się w bibliografii książki, którą sama Pani poleciła.
Jednym z nich jest:
Roma Schmitz i wsp., „Vaccination Status and Health in Children and Adolescents”, Deutsches Ärzteblatt International, 2011.
Autorzy wykorzystali dane reprezentatywnego niemieckiego badania KiGGS i porównali zdrowie dzieci szczepionych oraz nieszczepionych. Analizowali między innymi choroby zakaźne, alergie oraz choroby atopowe.
Wniosek?
Dzieci nieszczepione częściej przechodziły choroby, przeciw którym stosuje się szczepienia.
Natomiast częstość chorób alergicznych oraz nieswoistych infekcji nie zależała od statusu szczepienia. Co ciekawe, właśnie taki wynik przytacza również sama bibliografia „Żółwi”.
W bibliografii znajduje się również praca Tricii McKeever i współpracowników:
„Vaccination and Allergic Disease: A Birth Cohort Study”, American Journal of Public Health, 2004.
Początkowo autorzy rzeczywiście zauważyli związek statystyczny pomiędzy szczepieniem a rozpoznawaniem chorób alergicznych.
Ale po dokładniejszej analizie okazało się, że występował on wśród dzieci mających najmniej wizyt lekarskich i dawał się wyjaśnić właśnie tym czynnikiem.
Dziecko częściej odwiedzające lekarza ma jednocześnie większą szansę zostać zaszczepione i większą szansę mieć rozpoznaną alergię.
Końcowy wniosek autorów brzmi: rutynowe szczepienia nie były czynnikiem ryzyka astmy ani egzemy.
I tutaj chciałbym Pani zadać inne pytanie.
Skoro próbuje Pani wyjaśnić wzrost częstości alergii zmianami zachodzącymi w życiu współczesnych dzieci, to czy zna Pani badania dotyczące zmian środowiska, w którym te dzieci żyją?
Bo takich danych jest dużo.
Metaanaliza 35 badań z 12 krajów, obejmująca 453 470 osób, wykazała związek pomiędzy ekspozycją na zanieczyszczenia powietrza a alergicznym nieżytem nosa. Na każde dodatkowe 10 µg/m³ PM2.5 iloraz szans wynosił 1,12, dla PM10 – 1,13, dla NO₂ – 1,13. Efekt był silniejszy u dzieci i młodzieży niż u dorosłych.
Inny przegląd systematyczny z metaanalizą kohort urodzeniowych wykazał, że ekspozycja dzieci na zanieczyszczenia komunikacyjne wiązała się z późniejszym ryzykiem astmy. Dla PM2.5 OR wynosił około 1,14 na wzrost ekspozycji o 2 µg/m³, a dla sadzy 1,20. Stwierdzono również związek PM2.5 z uczuleniem na alergeny wziewne i pokarmowe oraz pewne sygnały dotyczące egzemy i kataru siennego.
Nie twierdzę przez to, że „smog powoduje wszystkie alergie”.
Właśnie przeciwnie.
Choroby alergiczne są wieloczynnikowe.
Znaczenie mają predyspozycje genetyczne, jakość powietrza, dym tytoniowy, warunki mieszkaniowe, dieta, mikrobiom, kontakt z alergenami, urbanizacja i wiele innych czynników.
Dlatego jeżeli w ostatnich dziesięcioleciach jednocześnie wzrosła liczba szczepień i częstość części alergii, sama zbieżność dwóch wykresów jeszcze nie dowodzi, że jedno spowodowało drugie.
W tym samym okresie zmieniły się również zanieczyszczenie powietrza, transport samochodowy, dieta, budownictwo, wykorzystanie tworzyw sztucznych i setki innych elementów środowiska.
Dlatego bardzo konkretnie pytam:
na jakim badaniu opiera Pani twierdzenie, że wzrost alergii jest skutkiem właśnie braku „treningu” poprzez odrę, świnkę czy różyczkę oraz szczepień?
Bo dla związku z zanieczyszczeniem środowiska potrafimy wskazać badania porównujące rzeczywistą ekspozycję i wynik zdrowotny.
Dla Pani hipotezy chciałbym zobaczyć podobne dane.
Teraz aluminium.
Tutaj podczas czytania bibliografii „Żółwi” znalazłem punkt, w którym jestem gotów przyznać autorom książki rację — ale tylko w zakresie, w którym wynika ona z danych.
W jednym z cytowanych badań szczepionki przeciw WZW A preparat kontrolny również zawierał 300 µg aluminium.
Jeżeli więc pytanie badawcze brzmiałoby:
„czy sam adiuwant glinowy powoduje określone działanie niepożądane?”
to porównanie preparatu zawierającego aluminium z drugim preparatem zawierającym aluminium oczywiście nie rozstrzyga dobrze tego konkretnego pytania.
To jest uczciwa uwaga metodologiczna.
Ale proszę zwrócić uwagę na logiczny krok, którego nie wolno tutaj zrobić.
Z: „to badanie nie pozwala ocenić samodzielnego wpływu aluminium”
nie wynika: „więc aluminium powoduje alergie, autoimmunizację, autyzm i inne choroby przewlekłe”.
Do drugiego twierdzenia potrzebujemy osobnego dowodu.
I obecnie mamy znacznie lepsze dane niż te, którymi dysponowali autorzy książki.
W 2025 roku Niklas Worm Andersson i współpracownicy opublikowali w Annals of Internal Medicine ogólnokrajowe duńskie badanie obejmujące 1 224 176 dzieci.
Badano zależność między skumulowaną ekspozycją na aluminium z adiuwantów szczepionkowych a późniejszym występowaniem chorób autoimmunologicznych, atopowych i alergicznych oraz zaburzeń neurorozwojowych.
Nie stwierdzono zwiększonego ryzyka tych kategorii chorób wraz ze wzrostem ekspozycji na aluminium.
W maju 2026 roku w BMJ ukazał się dodatkowo przegląd systematyczny obejmujący 59 badań: 11 badań randomizowanych, dziewięć kohortowych, 37 serii przypadków i dwa badania ekologiczne.
Autorzy stwierdzili, że dane wysokiej jakości z badań randomizowanych i dużych kohort konsekwentnie nie wykazują związku szczepionek z adiuwantami glinowymi z poważnymi lub przewlekłymi problemami zdrowotnymi, m.in. astmą, autyzmem czy innymi chorobami przewlekłymi.
Czy oznacza to, że aluminium nie może powodować żadnych działań niepożądanych?
Nie.
Opisano np. rzadkie, przewlekające się miejscowe guzki lub ziarniniaki nadwrażliwości.
I właśnie tak, moim zdaniem, powinna wyglądać uczciwa rozmowa o bezpieczeństwie: nie „ryzyko wynosi zero”, tylko jakie działania obserwujemy, jak często i co rzeczywiście wynika z danych.
Przejdźmy teraz do Pani twierdzenia, że dzieci zaszczepione częściej chorują i częściej trafiają do szpitala.
W bibliografii „Żółwi” znajduje się praca Jasona Glanza z 2013 roku:
„A Population-Based Cohort Study of Undervaccination in 8 Managed Care Organizations Across the United States”.
Badanie objęło ponad 323 tysiące dzieci.
I tutaj wyniki są ciekawe, ponieważ pokazują pułapkę prostych porównań.
Dzieci niedoszczepione z dowolnego powodu rzeczywiście miały mniej wizyt ambulatoryjnych niż dzieci szczepione zgodnie z harmonogramem.
Jednocześnie miały jednak więcej hospitalizacji: IRR 1,21.
W grupie niedoszczepionej wyraźnie z wyboru rodziców występowało mniej wizyt ambulatoryjnych i wizyt na SOR. Autorzy podkreślają, że wzorce korzystania z ochrony zdrowia różnią się pomiędzy tymi rodzinami.
To jest bardzo ważne.
Jeżeli rodzice nieszczepiący dziecka również rzadziej idą z nim do lekarza przy łagodniejszych objawach, to w dokumentacji medycznej dziecko może wyglądać na „rzadziej chorujące”, nawet jeżeli rzeczywista liczba infekcji jest podobna.
I właśnie dlatego w badaniach obserwacyjnych trzeba uwzględniać confounding, czyli czynniki zakłócające.
Jest też badanie jeszcze bardziej bezpośrednio dotyczące Pani koncepcji „obciążania” układu odpornościowego.
Glanz i współpracownicy w JAMA w 2018 roku sprawdzili, czy większa skumulowana ekspozycja na antygeny szczepionkowe w pierwszych 23 miesiącach życia wiąże się później z większym ryzykiem poważniejszych infekcji, przeciw którym te szczepionki nie były skierowane.
Badano infekcje kończące się wizytą na SOR lub hospitalizacją.
Wynik?
OR na każde dodatkowe 30 jednostek ekspozycji antygenowej wyniósł 0,94, z 95-procentowym przedziałem ufności 0,84–1,07.
Czyli nie stwierdzono zwiększonego ryzyka.
I teraz dochodzimy do bardzo ciekawej części „Żółwi”.
Autorzy wielokrotnie cytują raport Institute of Medicine z 2013 roku dotyczący bezpieczeństwa całego kalendarza szczepień.
I rzeczywiście, raport stwierdzał wtedy, że badania nad bezpieczeństwem koncentrowały się głównie na poszczególnych szczepionkach i konkretnych wynikach zdrowotnych, a nie przeprowadzono całościowego badania porównującego całkowicie nieszczepione dzieci z w pełni zaszczepionymi pod kątem wszystkich problemów zdrowotnych zgłaszanych przez zainteresowane strony.
To jest prawdziwe zdanie.
Ale raport nie mówi:
„nikt nie bada dzieci szczepionych i nieszczepionych”.
Wręcz przeciwnie.
Ten sam raport stwierdza, że Vaccine Safety Datalink zawiera dostatecznie dużą grupę nieszczepionych dzieci, aby badać różnice pomiędzy dziećmi szczepionymi i nieszczepionymi.
Rekomenduje również dalsze wykorzystywanie VSD do badania bezpieczeństwa kalendarza szczepień.
Czego IOM nie rekomendował?
Randomizowanego eksperymentu „pełny kalendarz kontra żadnych szczepień”.
I tutaj wracamy do rzeczy, którą próbowałem Pani wcześniej wyjaśnić.
W badaniu obserwacyjnym możemy porównywać dzieci, których rodzice zdecydowali się nie szczepić, z dziećmi zaszczepionymi.
W randomizowanym eksperymencie badacz sam losowo decyduje, że konkretne dziecko nie otrzyma żadnych szczepień przez wiele lat.
To nie jest to samo.
IOM właśnie dlatego rekomendował, aby takiego RCT nie rozpoczynać.
Pozostaje wreszcie twierdzenie najpoważniejsze:
że dzieci zaszczepione częściej umierają.
I tutaj mam problem.
Przeszukałem poleconą przez Panią bibliografię pod kątem śmiertelności, dzieci szczepionych i nieszczepionych, pełnego kalendarza i zgonów.
Znalazłem m.in. raport IOM dotyczący szczepień i nagłych niespodziewanych zgonów niemowląt. Sama bibliografia „Żółwi” go przywołuje.
Ale raport nie stwierdził zwiększonego ryzyka śmierci spowodowanego szczepieniami.
Dla części szczepionek dostępne dane przemawiały przeciw związkowi przyczynowemu z SIDS, dla innych ówczesna baza dowodowa była zbyt mała, aby związek ostatecznie potwierdzić lub odrzucić.
Znalazłem też w rozdziale dotyczącym badań zaszczepieni–nieszczepieni bardzo wymowny cytat pytający:
jaka jest śmiertelność zaszczepionych w porównaniu z nieszczepionymi?
Tyle że to nie jest wynik badania.
To pytanie pochodzi z broszury Johna Gibbsa „Compulsory Vaccination Briefly Considered” z 1856 roku.
Pytanie zadane w 1856 roku nie jest dowodem, że dzieci zaszczepione umierają częściej w wieku XXI.
I właśnie w tym miejscu chciałbym wrócić do Pani propozycji książki „Żółwie aż do końca”.
Nie zamierzam jej odrzucać dlatego, że jest krytyczna wobec szczepień.
Nie zamierzam również twierdzić, że wszystko, co napisali jej autorzy, jest błędne.
Wręcz przeciwnie: znalazłem tam kilka zasadnych pytań metodologicznych.
Problem polega na czym innym.
Można mieć bibliografię liczącą ponad tysiąc odwołań, ale liczba przypisów nie rozstrzyga, czy wynik cytowanej publikacji rzeczywiście dowodzi postawionej tezy.
W przesłanej bibliografii znalazłem:
badanie zaszczepionych i nieszczepionych, które nie wykazało większej częstości alergii u zaszczepionych;
badanie alergii, które po uwzględnieniu confoundingu stwierdziło, że rutynowe szczepienia nie zwiększały ryzyka astmy ani egzemy;
badanie HPV i chorób autoimmunologicznych, które nie wykazało zwiększonego ryzyka badanych chorób po szczepieniu, choć miało ograniczoną moc dla poszczególnych rzadkich rozpoznań;
raport IOM mówiący zarówno o istniejących lukach w badaniach całego harmonogramu, jak i o możliwości prowadzenia porównań szczepionych z nieszczepionymi;
oraz liczne źródła dotyczące konkretnych szczepionek i konkretnych działań niepożądanych.
Natomiast nadal nie znalazłem publikacji pokazującej to, co Pani stwierdziła: że dzieci w pełni zaszczepione mają większą śmiertelność niż dzieci całkowicie nieszczepione.
Być może ją przeoczyłem.
Bibliografia jest ogromna i z całą pewnością nie sprawdziłem każdej pozycji.
Dlatego zamiast urządzać zabawę polegającą na tym, że ja będę kolejno analizował setki publikacji, a Pani po każdej analizie będzie mogła powiedzieć: „ale nie przeczytał Pan pozostałych”, proponuję znacznie prostsze rozwiązanie.
Proszę wskazać tę publikację z bibliografii „Żółwi”, która Panią przekonała, że dzieci w pełni zaszczepione umierają częściej niż dzieci nieszczepione.
Jedną.
Najmocniejszą.
Autor.
Tytuł.
Czasopismo.
Rok.
PMID, DOI albo chociaż numer przypisu w „Żółwiach”.
Przeczytam ją bardzo uważnie.
Sprawdzę, jaka była populacja, jak zdefiniowano „zaszczepione” i „nieszczepione”, ile było zgonów, jaka była wielkość grup, w jaki sposób kontrolowano czynniki zakłócające i co rzeczywiście napisali autorzy.
Jeżeli wynik pokazuje większą śmiertelność dzieci w pełni zaszczepionych, napiszę tutaj wprost:
tak, istnieje takie badanie i taki wynik uzyskano.
Ale ciężar wskazania badania, na którym opiera Pani własne twierdzenie, nie może należeć do rozmówcy.
Jeżeli jakiś wynik przekonał Panią do napisania publicznie, że dzieci w pełni zaszczepione częściej umierają, to zakładam, że wie Pani, który to wynik.
I właśnie o niego proszę.
Witam!
Warte powtórzenia!
UWAGA! Już od 1 stycznia 2027 roku w Polsce szczepienia przeciw HPV staną się obowiązkowe dla dzieci i nastolatków (CHŁOPCÓW I DZIEWCZYNEK) w wieku od 9 do 15 lat – to szczepienie wejdzie do kalendarza szczepień obowiązkowych dzieci.
Rodzice, czy naprawdę chcecie, żeby Polska była jednym z nielicznych krajów na świecie, w których taki obowiązek istnieje? Czy może jednak jesteście za dobrowolnością szczepień? Czy ten planowany przymus jest efektem nacisku WHO – na rządzących Polską? WHO – reprezentującej prywatne grupy interesów. Z jakiej racji?
P. Klaudiusz dziękuje za inf. o książce „Żółwie aż do końca”, omawiającej „mity szczepionkowe”, które nazwane są w tej książce „zinstytucjonalizowanym oszustwem”.
Większość osób zainteresowanych tym tematem ma świadomość, że – GLOBALNIE – całkowicie brakuje swobodnej naukowej dyskusji nad zasadnością wielu szczepień, nad ich bezpieczeństwem i skutecznością! Brak prawdziwej debaty skutkuje tym, że mamy „naukę” dotyczącą szczepionek, którą można nazwać, rządową lub korporacyjną.
I mamy przymus szczepień, który nazywa się – „obowiązkiem”!
Jako, że jeszcze jest to możliwe, polecam wszystkim poznanie innych ciekawych prac wydanych przez Fundację Ordo Medicus, która jest oddolną, społeczną inicjatywą lekarzy i naukowców na rzecz zdrowia, wolności, prawdy i niezależnej nauki – warto zajrzeć do sklepu! https://ordomedicus.org/sklep/
A dla ciekawych tego, jak Jacek Safuta widzi funkcjonowanie realnego świata, po wieloletnich analizach tysięcy prac badawczych zamieszczonych w Internecie – jego książka zatytułowana „Otwórz oczy” – Póki nie jest za późno!
Panie Klaudiuszu, mam przekonanie (graniczące z pewnością), że prezentuje Pan tu stanowisko z „drugiego poziomu” dyskusji nad szczepionkami („Żółwie…”, s.546-547), czyli:
1) jest Pan zwolennikiem szczepień,
2) jest Pan zawodowo obeznany z terminologią medyczną w tym temacie,
3) szafuje wynikami „badań na każdą okazję”,
4) wzbudza Pan prawdziwy podziw dla swych dokonań na tym polu, co najmniej w p. Anty-… 🙂
Teraz czas na „trzeci poziom” dyskusji…
Proszę rzucić wyzwanie i stanąć do medialnego pojedynku z chętną osobę, siedzącą głęboko w temacie PRAWDZIWEJ NAUKI o SZCZEPIONKACH! Ale tu pewnie zaraz okaże się, że jest to po prostu niemożliwe, bo nie ma przyzwolenia systemu na uczciwą, otwartą naukową debatę!
Dogmat jest jeden: „szczepionki są bezpieczne i skuteczne”, prawda?
Program Edukacji Zdrowotnej (EZ) – jest ewidentnie zły. Owoce i skutki widać w krajach Zachodu! MEN pod presją większości rodziców, tylko się przyczaił, zrobił mały unik. „OBECNIE” (kluczowe słowo) EZ – zdrowie seksualne, nie jest przymusowe, a za rok?
Co do choroby ODRY, cytat z Pana: „naturalna odra niekoniecznie trenuje układ odpornościowy. Może również usuwać część efektów wcześniejszego treningu”.
Co Pan tu właściwie powiedział?
Zwykła obserwacja, każdemu rodzicowi daje taką wiedzę, że dziecko po przebytej infekcji może być osłabione dopiero co stoczoną bitwą!! To chyba normalne, prawda?
Pan poda, jakie badania wykazały „trwałe upośledzenie odpowiedzi immunologicznej organizmu na już znane mu patogeny”.
Tak – żartuję sobie z Pana!
Jeszcze nie wspomniałam chyba, że częstą praktyką w badaniach prowadzonych przez koncern farmaceutyczny lub na jego zlecenie, jest badanie kilku różnych zmiennych, a publikowanie we wnioskach np. „sukcesu” tylko tej jednej, która akurat wypadła pozytywnie, korzystnie dla koncernu.
Dobrze, że Pan tu wspomniał o „naukowym stylu” badań nad np. szkodliwością aluminium – glinu w szczepionkach, „gdyby preparat kontrolny również zawierał 300 µg aluminium, to nie byłoby to miarodajne”. Już samo określenie „preparat kontrolny”, „placebo” jest tak oczywiste, że POWINNA to być substancja całkowicie obojętna dla organizmu.
A niestety, tak się „sprawdza” bezpieczeństwo nowych szczepionek, że grupie kontrolnej także podawana jest szczepionka, ale taka, która już została wcześniej dopuszczona do stosowania.
No i nie podałam odnośnika do tego badania, o które się Pan upomniał.
Widzi Pan, że nie warto ze mną dyskutować!
Pani Heleno,
zacznę od końca, bo napisała Pani: „Widzi Pan, że nie warto ze mną dyskutować!”.
Wręcz przeciwnie. Uważam, że warto — przede wszystkim po to, by czytelnicy mogli sami ocenić, czy Pani opiniotwórcze wypowiedzi wynikają z analizy dowodów, czy raczej z wcześniej przyjętych przekonań, do których następnie dobiera się takie argumenty i publikacje, jakie akurat pasują do tezy.
Tym bardziej że to przecież Pani rozpoczęła tę publiczną debatę swoim felietonem. Jeżeli publicznie formułuje się tak poważne tezy dotyczące zdrowia dzieci, dobrze byłoby być również gotowym publicznie pokazać dowody, na których się je opiera, i tych tez bronić.
Nie będę natomiast kolejny raz prosił o badanie, na podstawie którego napisała Pani, że dzieci w pełni zaszczepione częściej umierają od nieszczepionych.
Padło bardzo poważne twierdzenie. Poprosiłem o źródło. Zamiast konkretnej publikacji pojawiały się kolejne materiały, książki i setki przypisów, a teraz sama Pani przyznaje: „nie podałam odnośnika do tego badania”. Czytelnikom pozostawiam ocenę, co mówi to o wiarygodności tak kategorycznych twierdzeń.
Co do HPV — tak, Ministerstwo Zdrowia planuje rozszerzenie obowiązkowych szczepień o HPV. Taki projekt rzeczywiście znajduje się w oficjalnym wykazie prac legislacyjnych. Na dziś jednak szczepienie przeciw HPV nadal ma w Polsce status szczepienia zalecanego, a projekt rozporządzenia nie jest tym samym co obowiązujące prawo. Sugestia, że zmiana jest efektem „nacisku WHO”, wymagałaby zaś osobnego dowodu.
Z edukacją zdrowotną zaszła ciekawa zmiana. Wcześniej pisała Pani kategorycznie: „Będzie przymus!”. Teraz już: „OBECNIE […] nie jest przymusowe, a za rok?”. Według obecnie obowiązujących przepisów „edukacja zdrowotna – zdrowie seksualne” jest przedmiotem nieobowiązkowym, z którego rodzic może dziecko wypisać. Oczywiście prawo można kiedyś zmienić, ale hipotetycznej przyszłej zmiany nie można przedstawiać jako dzisiejszego faktu.
Odra jest jeszcze ciekawsza. Nie pisałem o zwykłym kilkudniowym „osłabieniu po infekcji”. Mina i współpracownicy przebadali dzieci przed zachorowaniem na odrę i dwa miesiące po nim. Wykazali utratę od 11 do 73% wcześniej rozpoznawanego repertuaru przeciwciał, zależnie od dziecka. Petrova i współpracownicy wykazali z kolei utratę części klonów limfocytów B pamięci i niepełną odbudowę ich puli po chorobie.
I proszę zauważyć: nie napisałem „trwałe upośledzenie odporności”. Słowo „trwałe” dopisała Pani, a następnie zażądała ode mnie jego udowodnienia. Wolę odpowiadać za własne słowa.
Ma Pani natomiast rację, że finansowanie badań przez producentów i selektywne raportowanie wyników mogą być problemem. Ale tego rodzaju ryzyko nie pozwala automatycznie odrzucać każdego niewygodnego badania. Jeżeli w konkretnej pracy manipulowano punktami końcowymi lub analizą, można to sprawdzić, porównując publikację z protokołem.
Podobnie z placebo. Nieaktywne placebo i aktywny komparator to dwie różne rzeczy, obie stosowane w badaniach klinicznych. Zgodziłem się natomiast, że jeśli chcemy zbadać wpływ samego aluminium, porównanie dwóch preparatów zawierających aluminium tego konkretnego pytania nie rozstrzyga. Nie mam problemu z przyznaniem Pani racji tam, gdzie rzeczywiście ją Pani ma.
Nie widzę za to potrzeby przechodzenia z „drugiego poziomu” na „trzeci poziom”, czyli z publikacji, liczb i metodologii do medialnych pojedynków.
Jeżeli „drugi poziom” polega na sprawdzaniu źródeł i tego, czy wniosek rzeczywiście wynika z przedstawionych danych, to mnie ten poziom całkowicie wystarcza.
Bo właśnie tam najłatwiej zauważyć różnicę pomiędzy dowodem a sugestią, faktem a przewidywaniem oraz wynikiem badania a znacznie dalej idącą opowieścią zbudowaną wokół niego.
Witam!
Jeszcze uwagi do Edukacji Zdrowotnej, p. Klaudiusz – cytat: Według obecnie obowiązujących przepisów „edukacja zdrowotna – zdrowie seksualne” jest przedmiotem nieobowiązkowym, z którego rodzic może dziecko wypisać.
Sprawa nie jest tak oczywista!
Fundacja Życie i Rodzina informuje, że w Trybunale Konstytucyjnym znajdują się właśnie sprawy o kluczowym znaczeniu dla polskich dzieci, ich edukacji i naszej wspólnej przyszłości. Taką sprawą jest kwestia przymusowej edukacji (pseudo)zdrowotnej – którą zaskarżyła grupa posłów. Aby wzmocnić głos obrońców dzieci, Fundacja Życie i Rodzina złożyła do tego wniosku opinię przyjaciela sądu (amici curiae). TK przyjął opinię Fundacji i włączył ją do postępowania w sprawie.
W złożonej opinii wspieramy wniosek o sygnaturze U 4/26, który zaskarża rozporządzenia Ministra Edukacji dotyczące EZ. Stoimy na stanowisku, że Barbara Nowacka złamała ustawę zasadniczą w następujący sposób:
• Brak podstawy ustawowej do ograniczenia praw rodziców.
• Zamach na prawo rodziców do wychowania dzieci. Zgodnie z art. 48 ust. 1 i art. 53 ust. 3 Konstytucji to rodzice mają prawo wychowywać dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami i dbać o ich rozwój moralny. Szkoła ma jedynie wspomagać rodzinę, a nie narzucać ideologię i zastępować rodziców w sprawach tak wrażliwych, jak relacje, małżeństwo czy tożsamość.
• Niewłaściwy mechanizm domyślnego uczestnictwa (opt-out) w zajęciach o seksualności człowieka. Rozporządzenie zakłada, że dziecko automatycznie bierze udział w zajęciach, chyba że rodzic złoży pisemną rezygnację. W kwestiach dotyczących moralności i wychowania domyślna powinna być zawsze konieczność wyrażenia zgody przez rodzica, a nie narzucony przez państwo odgórny przykaz uczestnictwa w zajęciach z ewentualną możliwością złożenia rezygnacji.
• Pozorna możliwość rezygnacji. Przepisy skonstruowano tak, że rezygnacja z modułu „zdrowie seksualne” i tak nie chroni dziecka. Treści o charakterze światopoglądowym i seksualnym zostały przez MEN włączone również do regularnej i obowiązkowej edukacji zdrowotnej, z której nie da się zrezygnować.
• Naruszenie zasady proporcjonalności.
• W opinii amici curiae Fundacja wspiera także wniosek o natychmiastowe zabezpieczenie. Jest to wniosek o wstrzymanie stosowania rozporządzenia MEN do czasu wydania wyroku przez Trybunał Konstytucyjny.
nie wywołuj wilka z lasu – mawia przysłowie. ale skoro już wywołałaś do odpowiedzi anty-bakiewicza, to przyznam, że imponuje mi postawa Pana Klaudiusza, który zachowując obiektywizm, równowagę i stonowanie argumentów, postanowił zmierzyć się z twoją lokalną inicjatywą „ciemnota ciemnocie”. a ty, nawet nie jesteś w stanie obronić lobbowanych teorii, odsyłając Pana Klaudiusza by polemizował z innymi. Choć nie kto inny, jak ty właśnie, autorem felietonu jest.
„No i nie podałam odnośnika do tego badania, o które się Pan upomniał.” – brzmi jak „nie mam Pańskiego płaszcza i co nam Pan zrobisz”. „a ja sobie dalej będę wypisywała każdą brednię jaką mi zlecą i co mi zrobicie”. Bareja by tego nie wymyślił.
W jednym się bezkrytycznie z tobą zgadzam – z tobą nie warto dyskutować. Równie owocnie można dyskutować ze sztylem od szpadla. Natomiast pozostawienie twoich wynaturzeń bez komentarza, to ciche przyzwolenie na zbrodnie przeciwko ludzkości. A to juź grzech ciężki.
Witam!
Nie moją rolą jest siedzieć godzinami i szukać szczegółowych uzasadnień. Tym bardziej, że jest ich niewiele w kłębowisku kłamstw i manipulacji. I nie jest to przypadkowy chaos, tak uważam!
Oddaliśmy, bardzo naiwnie, swoje zdrowie i życie w ręce kompetentnej (jak nam WMÓWIONO!) „służby zdrowia”! Płacimy składki, podatki i… leczymy się sami! Osoby zatrudnione w instytucjach nadzorujących ten pion, dostają pieniądze za pełnienie tych funkcji, ale NIE WYWIĄZUJĄ się ze swoich obowiązków!
Podaję, w miarę możliwości rzetelne źródła, a każdy rodzic, w którym obudziły się wątpliwości, a nie potrafi wziąć odpowiedzialności za zdrowie swojego dziecka, powinien u rodzinnego lekarza lub pediatry znaleźć rzetelne informacje. Czy znajdzie? Nie wiem.
Zaciekawiło mnie to badanie dot. odry. Może da Pan link, skoro je Pan analizował?
Mam pytania: – czy wiadomo, jakie leki podawano dzieciom chorującym na odrę? Może tu jest odpowiedź na „utratę od 11 do 73% wcześniej rozpoznawanego repertuaru przeciwciał”?
– „przebadali dzieci przed zachorowaniem na odrę”? – jakie dzieci? wytypowane do badania? a potem, co „naturalnie” je zarazili? i obserwowali po 2 miesiącach skutki przechorowania?
Panie Klaudiuszu, Pan doskonale wie, że w badaniu uzyskać można każdy potrzebny wynik! Jest na to wiele sposobów manipulacji danymi, fałszerstwa wszelkiego rodzaju, czego przykłady teraz już można znaleźć w Internecie. Koncerny farmaceutyczne, jak mówi dowcip, mają mniej skrupułów i więcej kasy niż mafia.
I w ich planach budżetowych nasze choroby, (a nie nasze zdrowie!) generują gigantyczne zyski!
Ale Dawid pokonał Goliata…
Panie Anty-…, przygniecie Pana ta batalia o udaremnienie mi popełnienia „zbrodni przeciwko ludzkości”:)
„Nie moją rolą jest siedzieć godzinami i szukać szczegółowych uzasadnień” – ależ oczywiście. twoją rolą jest przeklejać zamówione teksty, konsekwentnie obnażając przed internautami swoją kompletną ignorancję w tematach, w których próbujesz udawać eksperta. dopóki ci się prawdziwy nie trafi.
„[…] I nie jest to przypadkowy chaos, tak uważam!”
ty tak nie uważasz, ty to stosujesz. strony „stodowodow”, albo bibliografia 1200 źródeł …. kto sie bedzie przekopywał przez taką hałdę treści. ludzie machną ręką i dla spokoju uwierzą. co nie?
po drugiej stronie stoi ktoś, kto podaje konkretne źródła, publikacje, tytuły, daty, autorów. można sprawdzić.
a odnośnie twojego ostatniego zdania – cóż, marzyć każdemu wolno, aczkolwiek nie wiem na jakiej podstawie takie marzenia sobie snujesz. tymczasem, pisz, zarabiaj i żyj nadzieją.
Pani Heleno,
doprecyzuję tylko jedną rzecz dotyczącą badania nad odrą, bo mocno je Pani uprościła.
Nikt nie „wytypował dzieci do zarażenia odrą”. Badacze obserwowali niezaszczepione dzieci podczas rzeczywistej epidemii w Holandii. Próbki krwi pobrano, gdy dzieci były zdrowe, a następnie ponownie po naturalnym przechorowaniu odry. Dzięki temu można było porównać odporność tego samego dziecka przed infekcją i po niej. Spośród obserwowanej grupy 77 dzieci naturalnie zachorowało na odrę. Nie było więc żadnego eksperymentalnego „zarażania”.
I na koniec właściwie powinienem Pani podziękować za rozpoczęcie tej dyskusji swoim felietonem.
Dała mi Pani bardzo dobrą okazję, żeby na konkretnych przykładach pokazać, jak można sprawdzać popularne w internecie tezy dotyczące szczepień: sięgać do badań źródłowych, oddzielać to, co rzeczywiście z nich wynika, od interpretacji i sprawdzać, czy mocne twierdzenia mają równie mocne dowody.
W internecie teorii spiskowych i efektownych uproszczeń nie brakuje. Publiczna dyskusja ma tę zaletę, że czytelnik może zobaczyć obok siebie tezę, źródło i kontrargument — i sam ocenić, co jest lepiej udokumentowane.
Panie Klaudiuszu!
Poproszę o link do tego badania nad skutkami przechorowania odry.
Niczego nie upraszczałam, tylko spytałam o szczegóły. Dalej wiele jest niejasności. Nie wiadomo: 1) ile dzieci liczyła obserwowana grupa, 2) jakie leki podawano tym dzieciom, może antybiotyki? – „osłonowo”!, jak mawiają pediatrzy, 3) czy obserwowane dzieci, szczególnie te, które zachorowały, cierpiały na jakieś choroby przewlekłe?
Cytat: https://www.rmf24.pl/fakty/swiat/news-epidemia-odry-w-holandii-zarzadzono-specjalne-szczepienia,nId,996451
„premier Mark Rutte poprosił (przywódców religijnych), by namawiali wiernych do szczepień, bo jak się wyraził – odra to straszna choroba, a Bóg nie chce, żeby dzieci cierpiały. Odra nie jest raczej niebezpieczna dla dzieci, ale może być groźna dla osób starszych i kobiet w ciąży”.
Co to jest? Tak, tak właśnie wygląda propaganda szczepionkowa!!
Zgłaszanie Niepożądanych Odczynów Poszczepiennych – NOP do bazy VAERS obejmuje tylko 1-10% wszystkich faktycznie mających miejsce powikłań. Zostało to stwierdzone odrębnym badaniem.
AI: „Wszelkie surowe analizy z VAERS sugerujące np. wysoki wskaźnik śmiertelności czy powikłań neurologicznych po MMR po dokładnej weryfikacji dokumentacji medycznej najczęściej okazują się skutkiem wcześniejszych ciężkich chorób przewlekłych, wad wrodzonych lub infekcji niezwiązanych ze szczepieniem. Z tego powodu instytucje zdrowia publicznego zalecają konfrontowanie danych z VAERS z systemami o wyższej precyzji naukowej, takimi jak Vaccine Safety Datalink (VSD) – prowadzona przez CDC”.
Czyli CDC zaleca szczepienie, a potem „opracowuje” zgłoszone powikłania?
Pani Heleno,
oczywiście podaję namiar na badanie: Michael J. Mina i wsp., „Measles virus infection diminishes preexisting antibodies that offer protection from other pathogens”, *Science* 2019, PMID: 31672891, DOI: 10.1126/science.aay6485.
I od razu odpowiem na Pani pytania.
Do obserwowanej kohorty włączono 90 dzieci bez objawów odry, rekrutowanych jako nieszczepione. Dwójka okazała się jednak zaszczepiona i została wykluczona; komplet dwóch próbek uzyskano od 82 dzieci. Spośród nich 77 naturalnie przeszło laboratoryjnie potwierdzoną odrę, a pięcioro nie zachorowało. Dzieci z chorobami przewlekłymi lub immunosupresją spowodowaną lekami były z badania wykluczane.
Co do leków — tu Pani pytanie jest zasadne. Publikacja nie podaje kompletnej listy leków przyjmowanych przez wszystkie 77 dzieci. Wiadomo, że część dzieci z powikłaniami, np. zapaleniem ucha lub płuc, korzystała z leczenia lekarza rodzinnego. Nie będę więc twierdził, że żadne nie dostało antybiotyku, skoro badanie tego nie dokumentuje.
Natomiast cytowany przez Panią tekst RMF jest dość przewrotnym przykładem „propagandy szczepionkowej”. Zdanie „Odra nie jest raczej niebezpieczna dla dzieci” nie jest wypowiedzią premiera Ruttego, lecz zdaniem autora artykułu. Ten sam materiał informuje jednocześnie, że w poprzedniej holenderskiej epidemii troje dzieci zmarło, a podczas opisywanej epidemii dzieci trafiały do szpitali.
Jeszcze słowo o VAERS. Tak — niedoraportowanie jest realnym ograniczeniem tego systemu. Nie istnieje jednak jeden uniwersalny wskaźnik „zgłaszane jest tylko 1–10% wszystkich powikłań”. W badaniach czułość raportowania wynosiła od poniżej 1% dla wysypki po MMR do około 68% dla poszczepiennego porażenia poliomyelitycznego; dla wgłobienia jelita po RotaShield szacowano ją na około 47%. Wszystko zależy więc od rodzaju i ciężkości zdarzenia.
I na pytanie, czy CDC „opracowuje” zgłoszenia, odpowiem przykładem. W 1999 r. właśnie sygnały z VAERS dotyczące wgłobienia jelita po szczepionce RotaShield doprowadziły do wstrzymania jej stosowania. Kolejne badania potwierdziły ryzyko i rekomendację szczepionki wycofano.
Czyli system nie służy tylko do tłumaczenia, dlaczego zgłoszone zdarzenie „na pewno nie było od szczepionki”. Jego zadaniem jest wychwycić sygnał, a następnie sprawdzić w lepszych danych, czy mamy korelację czasową, czy rzeczywisty wzrost ryzyka.
Na marginesie — tak właśnie rozumiem odpowiedzialność za publicznie formułowane tezy. Jeśli coś twierdzę, potrafię wskazać źródło, z którego to wynika, opisać jego ograniczenia i pozwolić innym je zweryfikować. Nie oczekuję, że czytelnik przyjmie moje słowa na wiarę tylko dlatego, że wypowiadam je z przekonaniem. Im mocniejsza teza, tym bardziej powinna opierać się na zasadzie: „oto moje źródło, proszę sprawdzić”, a nie: „źródeł nie będę szukać, proszę mi wierzyć”.