
ALFRED ORNOT – wielki sportowiec z małego Sierakowa Śląskiego.
Pomimo upływu lat wciąż nie brak mu energii – cieszy się życiem i wspomnieniami, których mógłby pozazdrościć mu nie jeden sportowiec. Jako młody człowiek brał udział w profesjonalnych wyścigach kolarskich. Potem ścigał się na nartach z najlepszymi zawodnikami świata. Nawet dziś nie rezygnuje ze startów a w wolnych chwilach poświęca się muzyce, śpiewając w chórze. O wszystkich tych pasjach decydowały przypadki, z których skorzystał pełną piersią.
W swoim barwnym życiu, toczonym z dala od rodzinnej miejscowości, nigdy nie zapomniał o pierwotnych korzeniach – właśnie ufundował nową gablotę na puchary ukochanemu LKS’owi Sieraków Śląski.
76-letni pan Alfred Ornot [na zdjęciu po prawej] opowiedział nam o swojej karierze. Trwa ona do dziś – dwa lata temu brał udział w jednym z setek swoich wyścigów narciarskich. Rywalizował z młodymi ludźmi – zajął 20 miejsce.
Wieloletnią przygodę ze sportem rozpoczął jeszcze w Polsce. Bronił barw LKS’u Sieraków Śląski lecz jak sam przyznał, nie osiągnął większych sukcesów na piłkarskim boisku. Prawdziwą pasją stało się dla niego kolarstwo – To był absolutny przypadek. Mój kolega przewrócił się jadąc nowym rowerem marki Diamant. Dalszej jazdy zabronił mu ojciec. Postanowiłem zdobyć rower kolegi, oddając w zamian swoje gołębie – mówi pan Alfred.
Ruszył przed siebie i wiedział już czego chce od życia. Na początku lat 60-tych postanowił wystartować w swoim pierwszym wyścigu, organizowanym w centrum Lublińca – Nie byłem w ogóle przygotowany do takiej rywalizacji a mimo to, radziłem sobie dobrze, zajmując szóste miejsce – Na dwóch kółkach wyjeżdżał z domu coraz częściej i coraz dalej. Traktował to bardziej jak turystykę niż kolarski trening.
Po roku znów jednak stanął na starcie lublinieckiego wyścigu. Walczył nie tylko z rywalami ale też z brukowanymi ulicami, które w tamtych czasach były jeszcze powszechne. Z grona 70 startujących, do ostatniej rundy wytrzymało około dziesięciu kolarzy – W końcówce wyrwałem się z szaleńczą jazdą w kierunku mety. Bez problemu minąłem czołową grupkę innych startujących. Okazało się, że to sprinterzy, którzy zwolnili szykując się do ostatecznego ataku. Ruszyli za mną w pogoń lecz nie dałem się już wyprzedzić – Do Sierakowa Śląskiego wrócił z zegarkiem. To była jego pierwsza nagroda wywalczona na szosie.
Talent wojownika z Sierakowa nie umknął uwadze przedstawicieli kolarskiego klubu z Radzionkowa. Młody Alfred skorzystał z propozycji Ruchu i wkrótce występował już pod banderą drużyny z Górnego Śląska. Trafił pod skrzydło trenera Mieczysława Wilczewskiego, siedmiodniowego lidera Wyścigu Pokoju w 1954 roku, uczestnika Olimpiady w Rzymie – Mówił z zabawnym, charakterystycznym, lwowskim akcentem ale trenerem był świetnym – podkreśla pan Alfred, który pod okiem mistrza pokonywał kolejne szczeble kolarskiego rzemiosła, uzyskując coraz wyższe licencje.
Szybko trafił do Reprezentacji Śląska, biorąc udział w wyścigach na terenie całego kraju. Miał się od kogo uczyć – startował u boku słynnego Zygmunta Hanusika – czterokrotnego uczestnika Wyścigu Pokoju, olimpijczyka z Meksyku (1968), zwycięzcy wyścigu dookoła Algierii i Mistrza Polski ze startu wspólnego w roku 1970. W Ruchu Radzionków trenował również Lucjan Lis – wicemistrz olimpijski z Monachium (1972) oraz złoty medalista Mistrzostw Świata w Barcelonie (1973). Po swój pierwszy sukces w barwach Ruchu Alfred Ornot sięgnął podczas Mistrzostw Polski LZS’ów, z metą na stadionie w Mysłowicach – Zająłem szóste miejsce. Hanusik skończył wyścig na miejscu dziewiątym – mówi.
O kolarstwie zapomniał na pewien czas, po wyjeździe do Niemiec w wieku 24 lat. Zaczynał niemal od zera. Musiał pracować aby utrzymać się w Norymberdze. Po dwóch latach, znów dość przypadkowo, powrócił na dwa kółka – Znajomy z Berlina zaprosił mnie na wyścigi szosowe. Tak zaczęła się moja przygoda z rywalizacją na niemieckich trasach. Po kilku występach zostałem zarejestrowany w Bawarskim Okręgu Kolarskim, startując początkowo w kategorii C – kontynuuje Alfred Ornot. Był na tyle dobry, że jego pierwsze sukcesy groziły… zawieszeniem w dalszych imprezach. Musiał zmienić swój status. Jak mówi – Pewnego dnia podszedł do mnie jeden z trenerów, który poinformował, że zostanę przeniesiony do wyższej kategorii.
Wspomina swoją debiutancką rywalizację w morderczym wyścigu na 210 kilometrów. Była to już ranga międzynarodowa. W końcówce etapu pędził u boku trzech zawodników czeskich. Współpracę z rywalami zawdzięcza… transakcji. Za 20 marek dostał od Czechów herbatę i ciastka. Dodały mu sił i ruszył w kierunku mety. Uciekał już tylko w towarzystwie silnego kolarza z Belgii – Wkrótce zostawiłem go za plecami, zaatakowałem samotnie. Widziałem już końcową linię lecz tym razem dałem się przechytrzyć sprinterom, nie tak jak było w Lublińcu – dodaje z humorem. Zakończył wyścig na miejscu trzynastym.
Czynione postępy doprowadziły go do startu w Mistrzostwach Republiki Federalnej Niemiec w Hannoverze (1969). Zajął znakomite 9 miejsce na dystansie 188 kilometrów – Koledzy z drużyny nie wierzyli w ten sukces, ponieważ pokonałem trasę na dużo gorszym rowerze. Składałem go samodzielnie. Przed wyjazdem na mistrzostwa jeden z zawodników powiedział o tym trenerowi Kadry Bawarii. Ten natychmiast zadzwonił do mojego klubu i polecił abym pojechał do kolarskiego sklepu w Monachium. Kazał wybrać mi najlepszy towar – Alfred Odmówił. Był dumny ze swojej maszyny ale zwiodła go w końcówce wyścigu, w którym rywalizował m.in. z Peterem Beckerem – późniejszym trenerem słynnego Jana Ullricha. Nawaliły przerzutki – Żałuję, że nie pojechałem wtedy do sklepu w Monachium. Może byłbym wówczas mistrzem kraju – przyznał pan Ornot.
Po roku nabawił się zapalenia ścięgien przedramion. Nie mógł dłużej trenować. Miał problem z właściwym utrzymaniem kierownicy. Przygoda z kolarstwem dobiegła końca ale Alfred Ornot nie rozstał się ze sportem. Rozpoczął pracę w banku. W międzyczasie skupił się na biegach narciarskich. O pierwszych startach ponownie zadecydował przypadek, ponieważ właśnie Dresdner Bank wysyłał swoich pracowników na narciarskie zawody.
Po zmianie miejsca zamieszkania osiadł w Monachium, gdzie kontynuował pracę w tej samej branży – podobały mu się tamtejsze tereny, zapamiętane jeszcze z czasów kolarskich. W 1975 roku poważnie wziął się za narciarstwo. Oprócz konkurencji biegowych, upodobał sobie również zjazdy. Szybko sięgnął po pierwsze wygrane w lokalnych zawodach.
Zdecydował się na kurs, dzięki czemu czynił sprawne postępy w biegach na dwóch deskach. Wstąpił do lokalnej drużyny, założonej przez kolegę. Przez kolejne dwa lata był tutaj nie do pokonania. Kontynuował starty w zawodach organizowanych przez banki, osiągając w nich wysokie miejsca. Później, już co weekend, brał udział w zawodach międzynarodowych, nie tylko na terenie Niemiec. Wystąpił m.in. w austriackim Dolomitenlauf.
Wybił się na tyle wyraziście, że udał się na Mistrzostwa Świata seniorów do Szwecji – Zjechali tam najlepsi zawodnicy na świecie. Impreza zbiegła się z przemianami ustrojowymi w Europie Wschodniej. Na trasę wyruszyli silni Rosjanie. W gronie 80 zawodników, na dystansie na 30 kilometrów, zająłem miejsce w pierwszej piętnastce, choć tuż po rozpoczęciu biegu zaliczyłem dwie wywrotki. Musiałem więc gonić uciekającą stawkę. Z podobnym rezultatem zakończyłem zmagania na 15 kilometrów – mówi Alfred Ornot.
Startował nieustannie. Do kilkuset wyścigów kolarskich dołożył ponad tysiąc rywalizacji na narciarskich trasach. W trakcie rozmowy Alfred Ornot, który z wielkim sentymentem spogląda na swoje sportowe życie, prosi prezesa LKS’u Sieraków Śląski, Norberta Strzodę, aby pozostawić jeszcze trochę miejsca w pucharowej gablocie. Słuszny wiek nie przeszkadza mu w tym aby nadal ścigać się na śnieżnych trasach – rzecz jasna we właściwych dla siebie kategoriach. W ostatnich oficjalnych zawodach uczestniczył w wieku 75 lat. Wygrał wówczas w kultowej imprezie König Ludwig Lauf nieopodal Garmisch-Partenkirchen w Alpach niemieckich.
Alfred Ornot pozostawił część swoich zbiorów w klubowych gablotach z myślą o młodych sportowcach z rodzinnej miejscowości. Trofea wywalczone przez mistrza będą motywować ich do ciężkiej pracy. Kiedy w październiku pan Alfred odwiedził prezesa LKS’u… dostrzegł stare szafy w biurze Norberta Strzody. Nie było w nich tyle miejsca aby pomieścić wszystkie pamiątki przywiezione przez zacnego gościa. Sam zaproponował aby wstawić tu nowe meble. Zapewnił, że pokryje koszty ich produkcji i montażu – jak powiedział, tak uczynił. Oprócz pucharów, w zbiorach znalazły się również trzy grube tomy z zachowanymi artykułami prasowymi, skrupulatnie gromadzonymi w trakcie długiego pobytu w Niemczech.
A tam, pan Alfred do dziś rozpoznawany jest przez wytrawnych znawców białego sportu. Sam z wielką uwagą śledzi poczynania kolejnych mistrzów. Podczas gdy wszyscy zachwycają się nadludzkim talentem Laury Dahlmeier – niemieckiej siedmiokrotnej Mistrzyni Świata w biatlonie, Alfred Ornot uśmiecha się pod nosem – Znam tą zawodniczkę od dziecka. Od najmłodszych lat, na treningach rywalizowała z chłopakami. Zawsze ciężko pracowała. Poświęciła wszystko aby być niedoścignionym championem. Nigdy się nie poddawała. Dążyła do perfekcji w każdym elemencie biatlonowego rzemiosła. Od początku była diamentem. Wystarczyło go tylko umiejętnie oszlifować – wspomina.
Rodowity Sierakowianin ma jeszcze jedną pasję. Jest członkiem chóru Die GieSingers pod batutą Ericha Häußlera, dyrektora formacji od roku 1979. Wstąpienie do grona śpiewaków wynikało, a jakże, z przypadku – Usłyszałem ich podczas występu w restauracji. Spędzałem tam czas po zakończonym treningu. Jadłem spaghetti. Postanowiłem odwiedzić artystów na próbie i tak zaczęła się moja kolejna przygoda – kończy Alfred Ornot, który pomimo drobnego przeziębienia, zaśpiewał specjalnie dla Czytelników Lublinieckiego.pl
Podczas rozmowy w klubowym biurze, pan Alfred zaskakuje nas po raz kolejny – Mam coś dla was – mówi tajemniczo, sięgając po sporą paczkę. W środku znajduje się ekspres do kawy – Jest wasz. Przyda się – oznajmia skromnie prezesowi Strzodzie, z charakterystycznym dla siebie uśmiechem. Bezinteresowna pamięć pana Alfreda o Sierakowie Śląskim robi na nas wielkie wrażenie. Alfred Ornot doskonale wie, że takie kluby potrzebują wsparcia w każdej postaci. Dzieli się nie tylko swoją sportową historią ale też wielkim sercem, otwartością i miłością do ludzi. Tutaj… nie ma już przypadków.
- smart
- smart
- smart
- smart
- smart
- smart








brawo, brawo dziękujęmy
Piękna historia pięknego sportowca. Wspaniały przykład, chyle czoła i godna naśladowania postawa umiłowania własnej Ojczyzny z czasów młodości. Pełen szacunek dla Pana Alfreda !